64

Szef WikiLeaks odcięty od Internetu na czas wyborów w USA

Szybkim krokiem zbliżamy się do wyborów prezydenckich w USA, została ostatnia prosta - to na niej nogę Hillary Clinton miał podkładać serwis WikiLeaks. Demaskatorska strona pewnie będzie publikować materiały obciążające przede wszystkim kandydatkę Demokratów, ale nie weźmie w tym udziału szef portalu, Julian Assange. Okazało się, że Ekwador pozbawił go dostępu do Internetu.

Julian Assange jest obecnie poza Siecią. Osoby niezorientowane spytają pewnie: co wspólnego ma z tym Ekwador? Przypomnę, że Assange od kilu lat mieszka w ambasadzie Ekwadoru w Londynie – udzielono mu azylu, gdy okazało się, że Australijczyk może być wydany Szwecji, w której oskarża się go o gwałt. Szef WikiLeaks przekonuje, że napaści seksualnej nie było, że sprawa ma podtekst polityczny, a wydanie go Szwedom może skutkować późniejszą ekstradycją do USA. Tam prawdopodobnie czekałoby go długoletnie więzienie.

Niedawno pisałem, iż WikiLeaks nie zamierza siedzieć cicho przed wyborami prezydenckimi w USA, podczas imprezy urodzinowej w Berlinie serwis ogłosił, że do końca kampanii prezydenckiej będzie publikował materiały z nią związane. Stało się przy tym jasne, że te przecieki uderzą głównie w Hillary Clinton i obóz Demokratów – wszak pełniła ona już ważną rolę w administracji USA, znajdowała się w bliskim otoczeniu obecnego prezydenta. To stanowisko sprawiło, że powstało sporo dokumentów, maili, wiadomości innego typu, które „mają moc” i trafiły w niepowołane ręce, a teraz mogą ujrzeć światło dzienne. Portal torpedował już działania kandydatki Demokratów – przed konwencją partii, na której miała ona otrzymać oficjalną nominację w wyscigu po fotel prezydencki, opublikowano materiały, które mogły jej narobić kłopotów w samej partii.

Na tle tych wydarzeń ciekawie brzmiały doniesienia WikiLeaks, które na początku tygodnia poinformowało, że Julian Assange utracił dostęp do Sieci. Miały za tym stać bliżej nieokreślone siły, ale nie brakowało spekulacji, iż w sprawę zaangażowani są amerykańscy politycy wysokiego szczebla. Zagadkę, przynajmniej częściowo, rozwiązał Ekwador, który wydał oświadczenie. Wynika z niego, że Julian Assange czasowo został odcięty od Internetu. Dokonano tego, ponieważ Ekwador nie che się mieszać w wewnętrzne sprawy innego kraju, nie chce być uczestnikiem kampanii wyborczej, a w takiej roli mogłoby go stawiać wspieranie szefa WikiLeaks. Czy to oznacza, że szef serwisu zostanie zmuszony do opuszczenia budynku ambasady?

Nie, na to się nie zanosi, Australijczyk nadal może liczyć na azyl. Co więcej, Ekwador nie ingeruje w samo funkcjonowanie strony – po prostu nie chce, by sterowano nią przez najbliższe tygodnie z jej budynku. W oświadczeniu przekonuje się jednocześnie, że to suwerenna decyzja wspomnianego państwa, że nie jest to efekt nacisków Amerykanów czy innych sił. I chociaż wiele osób w to nie uwierzy, sam odbieram te tłumaczenia serio – na ich miejscu też nie chciałbym się mieszać do tej sprawy. Udzielanie schronienia szefowi WikiLeaks to jedno, pakowanie się w kampanię wyborczą najpotężniejszego mocarstwa świata jest już niebezpieczne, a z pewnością mało opłacalne – zwłaszcza, jeśli zwycięzcą będzie Hillary Clinton.

Bardzo ciekawa sytuacja: nie dość, że serwis internetowy ma szansę wpływać na wynik wyborów w wielkim państwie, to jeszcze zamieszany został w to kraj, który takiego rozwoju wypadków pewnie sobie nie życzył. Chociaż, to zbyt duża i zawiła rzecz, by jednoznacznie stwierdzać, jak się sprawy mają i kto z kim gra. Mamy jednak kolejny dowód na to, jak ważny w naszym życiu jest dzisiaj Internet – to siła, która ma realny wpływ na rzeczywistość.