19

Najlepszy, bo najgorszy agent specjalny powraca. Johnny English: Nokaut – recenzja

Rowan Atkinson - tego aktora przedstawiać wam nie muszę, ale z kronikarskiego obowiązku przypomnę, że to właśnie on odpowiedzialny jest za wykreowanie Jasia Fasoli. W swojej karierze zagrał też Johnny'ego Englisha - nieudolnego agenta brytyjskich służ specjalnych. Trzecia część właśnie weszła do kin i ja po prostu nie mogłem nie wybrać się na seans pierwszego dnia.

Pierwsza część „Johnny English” to cały czas rewelacyjna komedia

„Johnny English” to nie tylko jedna z najlepszych i moich ulubionych produkcji z Rowanem Atkinsonem. To jedna z najlepszych i moich ulubionych komedii w ogóle. Ten film miał bardzo niewiele słabych punktów, a każdy z nich był szybko przykrywany największymi zaletami produkcji. Do nich należała oczywiście postać samego agenta – trudno dziś wyobrazić sobie kogokolwiek innego w tej roli, niż Rowan Atkinson, choć zrozumiem zmęczonych tematem widzów, którzy z nietęgą miną wychodzili z sali lub wyłączali telewizor po seansie drugiej części. Do niej wolałbym nawet nie wracać, ponieważ w zestawieniu z poprzednim filmem, „Johnny English: Reaktywacja” wypadł bardzo blado. Nie trudno doszukiwać się w tym przyczyn porażki, bo zawiodła przede wszystkim historia, ale i pod wieloma innymi względami, to nie był po prostu dobry film. Szybko uznałem, że nawet nie powstał i z przyjemnością wracałem do filmu z 2003 roku, który dziś ma 15 lat, a bawi równie dobrze, co wtedy.

Większość scen znam na pamięć, a nadal wybucham śmiechem – udawanie otumanionego rozluźniaczem mięśni agenta Atkinsonowi wyszło fenomenalnie, a to tylko wisienka na pysznym torcie. Historia trzymała się kupy, choć była oczywiście odrobinkę naciągana. Mimo to, nie odniosłem wrażenia, że ktoś robi ze mnie idiotę – twórcy konsekwentnie nie przekraczali granic zdrowego rozsądku, bo całość utrzymano w komediowym tonie, więc można było przymknąć oko na niektóre plany czarnego charakteru. Uzupełniający obsadę Ben Miller, jako Bough oraz Natalie Imbruglia grająca Lornę Campbell (ale którą raczej pamiętacie z powodu utworu „Torn„) wypadli naprawdę dobrze.

O sile pierwszej odsłony stanowiła też w dużej mierze… muzyka. Motyw przewodni oraz napisana przez Robina Williamsa i Hansa Zimmera piosenka „A Man For All Seaons” perfekcyjnie uzupełniała postacie, sytuacje i wprawiała widza w odpowiedni nastrój podczas seansu. Odrobina Bonda, trochę filmu przygodowego i romansidła, ale całość spinał Atkinson po raz kolejny ukazujący swoje elastyczne zdolności. I tylko one przetrwały do debiutującej w polskich kinach części trzeciej…

Johnny English po raz trzeci

Musiałem go zobaczyć i polecę wam ten film tylko z jednego powodu.

„Johnny English: Nokaut” nie jest filmem złym, bo ta produkcja miewa swoje momenty, a i niektóre pomysły twórców naprawdę mi się spodobały. Sposób przywrócenia go do służby do nich jednak nie należy. English nie jest oczywiście czynnym agentem, a wyciągnięcie go z aktualnego zajęcia wymaga kreatywności scenarzysty – tutaj sięgnięto po jedno z najprostszych rozwiązań i choć mogło nie razić tak wcześniej, w poprzednich filmach, tak teraz byłem zniesmaczony. Sam powrót do siedziby MI7, niechęć wobec nowych gadżetów i technologicznych zabawek pokazuje, jak bardzo zmienił się świat w ostatnich dekadach, a przy okazji nawiązuje do wroga, z którym mierzy się nie tylko Wielka Brytania, ale i cały świat. Paraliż na lotniskach czy drogach wynika z włamań do systemów informatycznych kraju, więc nasz bohater wyruszając w misję nie bierze ze sobą nawet komórki.

Fabuła w filmu to w sporym stopniu kalka części pierwszej, czego nie zauważyć się po prostu nie da. Wbrew pozorom było to dobre posunięcie, podobnie jak zaproszenie do powrotu do roli Bena Millera. Jako Bough znów musi niejednokrotnie ratować sytuację i często pada ofiarą nieroztropnych działań Englisha. Szkoda, że tak wiele scen rozgrywało się przy udziale zielonego tła, a scenariusz bywa miejscami tak dziurawy. Różnie bywa też z żartami, które bywają nietrafione i widownia na sali je po prostu przemilczy. Miejscami jednak bywa naprawdę śmiesznie, za co należy podziękować talentowi Rowana Atkinsona, który chyba nadal czerpie niemałą satysfakcję. Irytowało mnie, że poza głównym bohaterem rolę komediową przyjmuje także m. in. pani premier grana przez Emmę Thompson. To świat wokół Englisha był normalny, a jego postać wyjątkowa – gdy zrównujemy z Johnnym innych bohaterów całość zaczyna się rozpadać, bo wiemy, że zarysowanemu światowi brakuje ram. Każdy może stać się parodią osoby na prawdziwym stanowisku przez co film traci resztki wiarygodności. Tego zarzutu nie mógłbym wycelować w pierwszy film, stąd moje niezadowolenie.

W kwestii muzyki jestem zmuszony napisać, że byłem po raz kolejny zdziwiony brakiem chęci skorzystania z już gotowych, świetnych motywów, które należałoby delikatnie odświeżyć. Ponownie, ponieważ w drugiej części Johnny’ego Englisha również tych kompozycji zabrakło i odnoszę wrażenie, że w niektórych partiach nowe kawałki miały zabrzmieć dla widza znajomo, ale oczywiście nie można było zanadto zbliżyć się do oryginału. Czyżby w budżecie zabrakło środków na tamtą ścieżkę dźwiękową? A może celem było odcięcie się od pierwszej części?

Nowy przeciwnik Englisha? Rozkapryszony programista-geniusz chcący za wszelką cenę wdrożyć w życie swoją wizję idealnego świata opartego o algorytmy. Naprawdę, nic więcej nie muszę pisać.

Johnny English: Nokaut – czy warto iść do kina?

Czy warto wybrać się do kina? Jeśli macie wolne popołudnie lub wieczór i w repertuarze nie znajdziecie dla siebie niczego konkretnego, to „Johnny English: Nokaut” może wam umilić ten wolny czas. Rowan Atkinson nie wymyśla niczego nowego, ale nadal rewelacyjnie bawi mimiką twarzy, gestami, sposobem mówienia i charakterystycznym spojrzeniem. Reszta filmu to tylko otoczka, ale wcale nie żałuję, że popędziłem do Multikina już w dniu premiery.

P.S. Jeżeli zamierzacie wybrać się do kina nie oglądajcie zwiastunów – upchano w nich zbyt dużo dobrych scen. Nie psujcie sobie zabawy.