james dean
27

Martwi aktorzy będą grali w filmach coraz częściej. Czekam, aż żywi staną się bezużyteczni

Świetnie, że efekty specjalne rozwijają się i stają się coraz ciekawsze. Dostajemy coraz piękniejsze widowiska i to mnie bardzo cieszy. Tylko czy to nie idzie w trochę złą stronę?

James Dean zagra jedną z głównych ról w filmie Finding Jack! Wspaniale, uwielbiam go. Ciekawe, czemu nie grał w niczym innym przez przeszło 60 lat. Ach tak, już pamiętam. Bo nie żyje. Nie przeszkadza mu to jednak w kreacji nowej postaci. Prawa do wizerunku aktora udostępniła jego rodzina. Studio filmowe Magic City Films zamierza z tego jak najlepiej skorzystać. Produkcja, którą zobaczymy, zostanie stworzona na podstawie powieści Gretha Crockera o tym samym tytule. Opowiada o historii porzucenia 10 000 psów wojskowych pod koniec wojny w Wietnamie. CGI zastąpi Deana w pełnej okazałości. Oczywiście to nie pierwszy raz, gdy mamy do czynienia z takim zjawiskiem. Warto wspomnieć chociażby o rekonstrukcji Paula Walkera w Szybkich i wściekłych 7 czy Petera Crushinga w Gwiezdnych Wojnach: Łotr 1.

Efekty specjalne to niespecjalny pomysł na zastąpienie aktorów

Wspominając te wszystkie występy zastanawiam się nad jednym. Czy one faktycznie były aż tak przekonujące? Wielu widzów narzekało na sztywne ruchy i braku swego rodzaju blasku w oczach, po którym możemy być pewni, że mamy do czynienia z żywą istotą. Może to czepialstwo, ale trudno się dziwić, że ludzie doszukują się najmniejszych niedociągnięć w tak nietypowym przedsięwzięciu. Role dotychczasowych zmarłych nie były zbyt duże. James Dean dostał główną rolę drugoplanową, a to oznacza, że będzie go na ekranie całkiem sporo. Twórcy muszą być bardzo pewni swojej technologii. Albo bardzo głupi. Jakkolwiek by nie było, dostaniemy spore wyobrażenie na temat Jamesa Deana i na pewno będzie dyskutował o nim cały świat.

Jeszcze Polska nie zginęła, a tu już święta, święta i po świętach

Na tym jednak się nie skończy. Twórcy wyraźnie podkreślają, że chcieliby rozszerzyć swoją działalność i ożywić w ten sposób całą masę trupów. Ingrid Bergman, Neil Armstron, Bette Davis, Nelsn Mandela – do wyboru, do koloru. Nic tylko przeglądać na Wikipedii listy zmarłych w danym roku, rzucać milionami w ich rodziny i tworzyć niesamowite historie na wielki ekran. Najzabawniejsze jest to, że to nie jest aż taka fikcja jak można byłoby pomyśleć. To się może wydarzyć. To może stać się w pewnym momencie normą. Już wyobrażam sobie moment, w którym aktualne gwiazdy w sile wielu, dożywają późnej starości i spisują wytyczne grubości Ksiąg Jakubowych, ustalając, co może dziać się z ich ciałami w pośmiertnych filmach, a na co kompletnie nie wyrażają zgody. A wszystkie te nakazy będzie można dostosować do danego okresu w życia aktora czy aktorki. Niektórzy na przykład mogą wyrazić zgodę na rozbieranie ich, ale tylko z wizerunkiem do 40 roku życia, potem ich postaci mają chodzić w golfach i tyle. Czy obecne przedszkolaki, którym zamarzy się pójście na prawo, trafią na specjalizację, na której będą ustalać takie pisma?

Oby naturalność pozostała w cenie jak najdłużej

Automatycznie nasuwa się wizja, że prawdziwi aktorzy nie będą już nikomu do niczego potrzebni. No, może na początku przydadzą się ich twarze, aby komputerowe ciała wyrażały więcej emocji. Potem jednak można byłoby usunąć również ich. Ekipa nie będzie musiała wychodzić na żadne plenery, bo zrobi się je w komputerze. A w ogóle będzie potrzebna ekipa? Światło i operatorkę zrobi się przecież automatycznie. Wszystko się zrobi automatycznie. Jedyną nadzieją są scenarzyści, którzy mogą górować nad komputerami kreatywnością. Ale pewnie i na nich coś wymyślą. Cieszmy się filmami, jakie mamy. Nie wiadomo, co jeszcze komu do łba wpadnie!