5

Jak to WikiLeaks z WikiLeaks walczyło i zniszczyło 3500 dokumentów [czyli dziecinada]

Natknąłem się SiliconFilter na ciekawą informację związaną z dobrze wszystkim znanym WikiLeaks. Ciekawą, bo może znowu nagłośnić sprawę całego serwisu. Jeden z pracowników WikiLeaks, który jakiś czas temu zrezygnował z pracy z Julianem Assange, miał podobno zniszczyć aż 3 i pół tysiąca dokumentów, jakie zostały przesłane do WikiLeaks. Co w tym ciekawego? Konspiracje, moi drodzy, […]

Natknąłem się SiliconFilter na ciekawą informację związaną z dobrze wszystkim znanym WikiLeaks. Ciekawą, bo może znowu nagłośnić sprawę całego serwisu. Jeden z pracowników WikiLeaks, który jakiś czas temu zrezygnował z pracy z Julianem Assange, miał podobno zniszczyć aż 3 i pół tysiąca dokumentów, jakie zostały przesłane do WikiLeaks. Co w tym ciekawego? Konspiracje, moi drodzy, konspiracje. Ale też sens istnienia WikiLeaks i temu podobnych serwisów.

Daniel Domscheit-Berg, to właśnie ten pracownik miał zniszczyć ponad 3 i pół tysiąca dokumentów. Wśród nich miały się znaleźć dokumenty rządu USA, gigabajty danych z Bank of America i inne, w niecny sposób pogrążające rządy i firmy. No ale czy pogrążały, tego się już nie dowiemy, bo Domscheit-Berg dokumenty zniszczył. A dlaczego? Bo Assange rzekomo nie był w stanie zapewnić bezpieczeństwa informatorom WikiLeaks, którzy wrażliwe dokumenty mieli dostarczyć.

To jednak dopiero początek, bo robi się coraz ciekawiej. Domscheit-Berg według czasopisma Der Spiegel był numerem drugim, zaraz bo Assange’u, w WikiLeaks. Temu jednak zaprzecza samo WikiLeaks w swoim oświadczeniu, zapewniając, że rola Domscheit-Berga była bardzo ograniczona, a on sam, ujmując to w proste słowa, był nic nie warty dla organizacji. Ot, „taki se pionek”.

Pionek ten jednak odszedł z WikiLeaks w 2010 roku i założył własną stronę – OpenLeaks. Celem nowego serwisu miałobyć to samo, co było celem WikiLeaks – zbieranie wrażliwych dokumentów. OpenLeaks, uruchomione całkiem niedawno, chce być jednak łatwiej dostępne dla reporterów i dziennikarzy, ogólnie mediów, które z wrażliwych dokumentów chętnie by skorzystały.

Przy okazji Domscheit-Berg napisał też książkę o swojej pracy z Assangem, w której Julian niestety nie wypada najlepiej. A WikiLeaks oskarża Domscheit-Berga o szantażowanie organizacji.

Uff, ostatecznie wychodzi na to, że WikiLeaks kontra OpenLeaks czyli w sumie WikiLeaks-Assange kontra WikiLeaks-Domscheit-Berg wcale nie różnią się od rządów i firm, którymi dokumentami się „posługują”. „Moje jest mojsze niż twojsze”, można by powiedzieć, a para Assange-Domscheit-Berg brzmi jak rozkapryszone dzieci, które kłócą się o zabawkę. Albo też o wielkie pieniądze, nie ukrywajmy bowiem, że to, czym rzekomo dysponuje WikiLeaks może być warte miliardy dolarów.

W ostatecznym rozrachunku jednak kłótnie na takim poziomie nie przyniosą nic dobrego ani WikiLeaks, ani OpenLeaks. Obaj panowie, według mnie, pokazują tylko swoją dziecinność, gdzieś mając dokumenty, afery i konspiracje, a interesując się tylko kasą i własnym tyłkiem. I odnoszę wrażenie, że zaczynamy patrzeć na koniec serwisów typu „Leaks”.