2

ISS znów musiała „uciekać” przed kosmicznym śmieciem, a obiektów na orbicie przybywa…

Śmieci są coraz większym problemem cywilizacyjnym naszych społeczeństw. Zaśmiecamy nasze miasta, lasy, w oceanach piętrzą się tony plastikowych pozostałości po naszej rozbuchanej konsumpcji, nie oszczędzamy nawet kosmosu. We wczesnych latach naszego podboju orbitalnego nie było to szczególnym problemem, satelitów było relatywnie mało, więc ludzkość swoim zwyczaje wolała o temacie zapomnieć. Dziś nie dość, że zaczynamy ponosić konsekwencję tego podejścia, to dalej nie mamy procedur i norm, które zapobiegłyby kumulowaniu złomu na orbicie okołoziemskiej, a kolejnych obiektów przybywa w tempie geometrycznym.

Uniki Międzynarodowej Stacji Kosmicznej

Ostatnim przykładem tego, jakie zagrożenia niosą ze sobą pędzące z ogromnymi prędkościami pozostałości po różnych misjach, była „przygoda” Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Jak podało NASA, w wyniku tego że jeden z kosmicznych śmieci miał przelecieć w odległości kilku kilometrów od stacji, zdecydowano się przeprowadzić manewr odsuwający ją na bardziej bezpieczną orbitę.

Kilka kilometrów może wydawać się dość bezpieczną odległością, ale trzeba pamiętać, że orbity tych śmieci bywają mocno niestabilne, a czas obserwacji często jest relatywnie krótki. W tym konkretnym przypadku mieliśmy do czynienia z resztkami japońskiej rakiety H-IIA wystrzelonej w 2018 r. Przebywający w tym czasie na stacji astronauci udali się do zacumowanego przy niej statku Sojuz, tak, aby w razie wystąpienia zagrożenia móc opuścić bezpiecznie ISS. Manewr zakończył się powodzeniem, po czym załoga wróciła do swoich zajęć.

Nie pierwszy raz

Po zakończeniu operacji NASA poinformowała, że od 1999 r. tego typu manewry miały już miejsce 25-krotnie. Znacznie bardziej niepokojąca była informacja pochodząca od szefa NASA, Jima Bridensteina, który poinformował na twitterze, że tylko w tym roku konieczne były już trzy takie manewry, a tylko w ciągu ostatnich 2 tygodni śledzono 3 potencjalnie groźne dla stacji obiekty.

Jeśli weźmiemy pod uwagę w jakim tempie są dziś wysyłane na orbitę kolejne satelity oraz fakt, że większość misji pozostawia na orbicie jakieś części, to nietrudno się domyślić, że sytuacja robi się coraz groźniejsza. Tym bardziej, że stoimy teraz przed czasem, gdy na orbicie w krótkim czasie może pojawić się kilka kolejnych stacji kosmiczncy, na pokładach których mają regularnie przebywać ludzie. Taką stacją ma być Gateway z księżycowego projektu Artemis, a w planach są też przecież stacje chińskie, rosyjskie, a także firm prywatnych.

Firmę sprzątającą wynajmę, prace na wysokościach

O tym, co zrobić z tym całym latającym śmietnikiem dyskusje trwają od dłuższego czasu, ale na razie niewiele z tego wynika. Wydaje się, że w pierwszej kolejności należałoby uzgodnić zasadę, że rakiety powinny być projektowane tak, aby w normalnych warunkach wszystkie odrzucane obiekty spalały się w atmosferze. Konieczne byłoby wyposażanie takich elementów, w stosowane już przecież i dziś, niewielkie silniki odrzutowe. Z pewnością podniesie to koszta produkcji i skomplikuje budowę wyższych członów rakiet, ale przy takim natężeniu lotów z jakim mamy ostatnio do czynienia, innego wyjścia nie widać.

Co do śmieci już krążących w kosmosie koncepcji jest kilka. Niektórzy proponują „spychać” je z orbity przy pomocy naziemnych laserów. Teoretycznie jest to możliwe, ale wymagałoby zużywania ogromnej energii żeby było skuteczne, działałoby tylko na mniejsze obiekty i powodowało… komplikacje polityczne. Takie urządzenia byłyby doskonałą bronią antysatelitarną.

Inną opcją jest wysyłanie specjalnych statków kosmicznych wyposażonych w sieci, w które łapano by różne pozostałości po naszej cywilizacji. Proces jest jednak skomplikowany i wymaga precyzyjnego manewrowania. Mimo wszystko, próby w tym kierunku są chyba najbliższe realizacji.

Jeszcze inną opcją jest rozpylanie przed niepożądanymi obiektami ciekłego gazu, np. dwutlenku węgla, który wytwarzałby zmrożoną mgłę, spowalniającą i w efekcie deorbitującą obiekty. Problem jest, podobnie jak we wcześniejszej metodzie, konieczność precyzyjnego ustawienia statku względem obiektu, a dodatkową wadą jego jednorazowość. Po wypuszczeniu płynu, jeśli nie spudłujemy, nie będzie już szans na kolejną próbę.

Nie wiem, która z tych metod okaże się najefektywniejsza, ale NASA i inne agencje muszą zająć się tym problemem na poważnie i zacząć próby. Wezwania na twitterze może i są medialne, ale więcej mają wspólnego z ściąganiem z siebie odpowiedzialności, niż realnym działaniem. Ciekawe, czy damy radę rozpocząć testy takich procedur sami, czy zmusi nas do tego dopiero jakaś katastrofa.

Źródło: [1], [2]