Internet

Internecie zły, Internecie przeklęty…

MS
Maciej Sikorski
11

Na temat wad i zalet Internetu jako całości oraz poszczególnych jego elementów napisano już wiele książek, artykułów, prac naukowych, felietonów. Nie brakuje też prac graficznych, filmów oraz innych przejawów pop kultury. Zagadnienie będzie jednak dalej eksplorowane, bo to klasyczna studnia bez dna....

Na temat wad i zalet Internetu jako całości oraz poszczególnych jego elementów napisano już wiele książek, artykułów, prac naukowych, felietonów. Nie brakuje też prac graficznych, filmów oraz innych przejawów pop kultury. Zagadnienie będzie jednak dalej eksplorowane, bo to klasyczna studnia bez dna. Dzisiaj swoją cegiełkę dorzucę i ja. Nie będę się przy tym rozwodził i już na wstępie zaznaczę, że mam do Sieci nieskrywany żal…

Wspomniany przed momentem żal do Sieci to… żal do Sieci. Nie do konkretnej osoby, instytucji czy firmy, lecz do Internetu jako całości. Adresat skargi potężny, lecz bliżej nieokreślony. Powód niezadowolenia już bardzo konkretny: wszechobecne spoilowanie. Używam niestety zapożyczenia z języka angielskiego, ale chyba przyjęło się ono u nas już na stałe, a nie chcę na siłę wymyślać polskich odpowiedników. Chodzi po prostu o zdradzanie treści filmów, książek czy programów. I to tej najbardziej emocjonującej treści, której zdecydowanie nie chce się poznawać przed lekturą danego dzieła.

Piszę o tym akurat teraz, ponieważ ostatnio przez Sieć (nie wiem, jak wyglądało to w przypadku prasy czy telewizji) przetoczyła się olbrzymia fala zachwytu nad serialem True Detective. Niektórzy po prostu zbzikowali na punkcie obrazu emitowanego przez HBO i muszę przyznać, że już zdążyłem się nakręcić na historię mrocznego śledztwa. Problem polega jednak na tym, iż chcę się napawać zagadką tak samo, jak osoby, które już widziały Detektywa. A to oznacza, że nie jestem zainteresowany treścią, wszelkimi wskazówkami, domysłami, dyskusjami itd. Nawet jeśli dotyczą one trzeciego odcinka – przecież poprzedzają go dwa inne, które również mogą trzymać w napięciu i kryć w sobie jakiś sekret. Jeśli zostaje on wyjawiony w trzecim odcinku, to chcę się o tym dowiedzieć w trzecim odcinku. Tymczasem…

Tymczasem Sieć zalewa mnie informacjami na temat popularnego serialu, książki czy programu. Na Facebooku znajomi piszą np. o szokującym epizodzie/zakończeniu filmu i trudno pominąć te informacje, bo po prostu rzucają się w oczy. Można próbować wyrugować ten problem za pomocą hipnozy, ale po pierwsze, nie ma pewności, że terapia zadziała, a po drugie, w nadmiarze wszystko szkodzi – stosowanie takiego zabiegu co tydzień, po emisji każdego nowego odcinka nie wchodzi w grę. Facebook nie jest tu jakimś paskudnym wyjątkiem, bo reszta Internetu również przykłada rękę do niszczenia niespodzianki. Przykład? Słynny już "szokujący motyw" z ostatniego odcinka Gry o tron. Jeśli ktoś czytał książkę, to wie, czego ma się spodziewać. Jeżeli jednak poznaję historię za sprawą serialu i jestem parę odcinków "w plecy", to uderzające z każdego zakątka Sieci doniesienia o rzezi w ostatniej odsłonie mogą deprymować. Do tego stopnia, że zrezygnowałem z dalszego oglądania tego tytułu. Wewnętrzny protest.

Kolejna sprawa to niewłaściwe pojmowanie (przez naprawdę wiele osób) słowa "recenzja". Niektórym myli się ono ze "streszczeniem". Pytam wujka Google o opinie na temat danej książki czy filmu, a on podaje mi opis fabuły, który zdaniem kogoś życzliwego jest recenzją. W tzw. "tradycyjnych mediach" nie trafiłbym na takie kwiatki i mógłbym w spokoju konsumować treści, bez strachu, że poznam zakończenie nim odpalę telewizor albo wezmę do ręki książkę. Recenzja w czasopiśmie poświęconym filmom czy literaturze to nie opis akcji, telewizyjny serwis informacyjny nie zaczyna się od wiadomości, że mordercą w popularnym serialu jest X, a gazety nie drukują jego zdjęć. A jeśli drukują, to i tak jest mniejsza szansa, że się na nie trafi.

Problemy pierwszego świata? Jasne, że tak. Antidotum na moją bolączkę nie jest skomplikowane: przestań buszować w Sieci i nie będziesz trafiał na spoilery. Proste. Sęk w tym, że ja z tej Sieci zrezygnować nie mogę (głównie dlatego, że tu pracuję). Wchodząc na daną stronę nie wiem, czego mogę się tam spodziewać w konkretnej chwili. Pół biedy, gdy napisane jest niewiele, reszta dostępna po kliknięciu w dany tytuł, a autor ostrzega przed spoilerami. Gorzej, gdy logujesz się na przywołanego już fejsa, a ten krzyczy, że "zabił Piotrek"… Nie pozostaje mi nic innego, jak pójść pod prąd i napisać, że w czasach Internetu konsumpcja treści jest trudna. Trudna i stresująca.

I jeszcze w nawiązaniu do grafiki tytułowej - zgadnijcie w jaki sposób poznałem zakończenie tego filmu...;)

Źródło grafiki: reelgood.com.au

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

filmserial