173

To trochę przesada, że nowe iMaki Apple powinno sprzedawać z dockiem w zestawie

Apple dotarło do momentu w którym nie tylko ich laptopy wymagają dodatkowych przejściówek, ale także ich komputery stacjonarne.

Wczorajsza prezentacja nowych produktów Apple była znacznie bogatsza, niż się spodziewałem. Szczerze mówiąc to liczyłem na nowe iPady Pro i lokalizator Apple AirTag. Jak się okazało – było tego dużo więcej, czego skondensowany skrót przeczytacie w podsumowaniu konferencji. Jedna rzecz od wczoraj nie daje mi spokoju. Do braku złącz innych niż USB typu C w Macbookach już się przez ostatnich kilka lat przyzwyczailiśmy. Ale teraz zabraknie też rozmaitych złącz w komputerach stacjonarnych. Tak, w tej bogatszej wersji będą 4 porty USB typu C (w tym dwa Thunderbolt 3), a kabel Ethernet będzie można podpiąć do zasilacza (co jest sprytnym i bardzo estetycznym rozwiązaniem, przyznaję). Ale nawet dwanaście portów USB typu C nie sprawi, że lwia część użytkowników nie będzie potrzebowała przejściówek czy stacji dokujących.

USB typu C i Thunderbolt 3 są super, ale nie ważne w co wierzą projektanci Apple — daleko mu do bycia wszechobecnym standardem

Ładujemy smartfony USB-C (ale nie te od Apple, wiadomo), ładujemy tak iPady (ale też nie wszystkie). No i w sumie… to byłoby z grubsza na tyle. Jeżeli od kilku lat korzystacie z komputerów bez innych złącz, prawdopodobnie macie już cały pakiet przejściówek i stacji dokujących. Sam posiadam kilka większych, kilka mniejszych, kilka w moim podróżnym przyborniku. Nie spotkałem na swojej drodze jeszcze nikogo, kto zaserwowałby mi pendrive’a z USB-C. Zresztą to samo tyczy się dysków zewnętrznych czy prostych rzeczy jak czytniki kart. Dotychczasowe modele (np. wciąż dostępny w sprzedaży iMac 21,5 lub 27-calowy z układem Intela) oferowały wejścia: Ethernet, 2x Thunderbolt 3, 4x USB typu A, gniazdo na kartę SDXC (UHS-II) oraz port słuchawkowy. Było uniwersalne i dla każdego coś dobrego. Prawdopodobnie mimo tego nie brakowało użytkowników, którzy kupowali dodatkowe przejściówki — chociażby dla własnej wygody, by mieć łatwiejszy dostęp do portów. Ale nie były one koniecznością, a w nowych iMakach już – niestety – będą. Bo lwia część użytkowników nie podepnie do nich dotychczasowych akcesoriów czy kabli, a nawet jeśli jest wyposażona w ich odpowiedniki to… no cóż, wciąż jest to krok wstecz. Bo, podobnie jak przed laty laptopy, zostały wykastrowane z elementów, które przez lata były standardowym wyposażeniem sprzętu.

Tym samym dochodzimy do momentu, w którym — podobnie jak Macbooki — iMaki także będą wśród wielu użytkowników potrzebowały dodatkowych akcesoriów by móc z nich komfortowo korzystać. Sam od lat (niezmiennie) polecam mój ulubiony OWC Travel Dock, który ma wszystko czego potrzebuję, jest niewielki i przystępny cenowo. Ale jednak przesadą jest myślenie o dodatkowych akcesoriach dla nowego, wcale nie taniego, komputera w wydaniu stacjonarnym. Coś tu zdecydowanie poszło nie tak, chociaż biorąc pod uwagę że najtańsze iMaki z M1 jawią się jako stacjonarne wcielenie Macbooków Air. W najtańszych zabrakło nawet możliwości podłączenia kabla do internetu bez jakichkolwiek dodatków (tudzież: dopłacania).

Bo nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę że nowe, najtańsze, modele stworzone zostały przede wszystkim z myślą o zdalnej nauce to… zastanawiam się ile osób poradzi sobie bez kupowania jakiegokolwiek dodatku? Tych Apple trochę w swojej ofercie ma. Można wybrać m.in. przejściówki USB-C na USB (99 zł), USB-C na cyfrowe AV (349 zł), czytnik kart SD na USB-C (199 zł). I jakoś się kręci.