10

Harley-Davidson pracuje nad elektrycznym motocyklem. Jedyna słuszna droga czy moda?

Rynek elektryków rośnie w siłę. Mało prawdopodobne wydaje się to, że za dekadę milion pojazdów elektrycznych znajdzie się na polskich drogach, ale praktycznie każdego dnia pojawiają się doniesienia o poczynaniach producentów samochodów właśnie w tym segmencie. Na samochodach sprawa się nie kończy - mamy i elektryczne samoloty i łodzie, mamy też motocykle, przykładem Gogoro z pomysłem wymiennych akumulatorów. Co ciekawe, tą drogą zamierza też podążać jedna z legend rynku motoryzacyjnego, firma Harley-Davidson.

Harley-Davidson to jeden z amerykańskich mitów. I nie odnosi się on tylko do branży motocyklowej czy motoryzacyjnej – reprezentuje pewne idee, postawy życiowe, stereotypy i marzenia. To produkt kultury masowej, w którym nie chodzi wyłącznie o maszynę. Dla jednych jest jeżdżącym ideałem, dla drugich marketingową wydmuszką, obu grupom kojarzy się pewnie z rykiem silnika i człowiekiem przemierzającym USA. A gdyby ten ryk ucichł, a tankowanie paliwem płynnym zastąpić podpinaniem do wtyczki?

Pomysł nowy nie jest

Firma zapowiedziała, że w ciągu pięciu lat dostarczy na rynek elektryczny motocykl. Czytając doniesienia na ten temat, przypomniałem sobie, iż kiedyś widziałem już podobne zapowiedzi. Szybkie wyszukiwanie i okazuje się, że pisalismy o tym dwa lata temu: Harley-Davidson prezentował wówczas projekt LiveWire. Co się z nim stało? Prace trwają, w Sieci znajdziemy materiały prezentujące np. testy maszyny. Firma nie wspomina jednak, czy to właśnie ten motocykl pojawi się w jej ofercie w ciągu pięciu lat. A w 2014 mogło się wydawać, że wszystko potoczy się szybciej. To mnie trochę zaskoczyło.

Najpierw wyszedłem z założenia, że łatwiej jest chyba stworzyć elektryczny motocykl niż elektryczny samochód. Ale im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej zmieniam zdanie. Problem sprowadza się do kwestii źródła zasilania i wielkości akumulatora. W przypadku samochodu może on być całkiem spory, a producenci mogą go umieszczać z tyłu, z przodu czy w podłodze pojazdu – opcji mamy kilka, miejsca dość dużo – nawet w niewielkiej maszynie. Z motocyklem sprawa wygląda trochę gorzej: jeśli ma pozostać opływowy, jeśli ważna jest waga i wygląd, to pole do popisu nie jest zbyt duże. Wspomniany we wstępie skuter Gogoro chciał to rozwiązać przez wymianę akumulatorów. A opisywany jakiś czas temu Light Rider odznacza się wadą właśnie w postaci krótkiego zasięgu: mała bateria, mało energii. Z LiveWire marki Harley-Davidson byłoby pewnie podobnie. Dlatego prace mogą tu trwać i pięć lat. A nie zdziwię się, jeśli po upływie tego terminu usłyszymy, że firma potrzebuje więcej czasu – akumulatory są poprawiane, lecz nie dzieją się tu cuda.

Harley-Davidson musi tworzyć elektryka?

W przywołanym tekście sprzed dwóch lat Tomek nie wyrażał zachwytu nad pomysłem stworzenia elektrycznego pojazdu przez amerykańską legendę. Większość Czytelników była przeciwnego zdania, stwierdziła, że to innowacja, dywersyfikacja, zwiększanie szans i bezpieczeństwa firmy. Uważam podobnie, chociaż zastanawiam się czy taki elektryk w najbliższych dekadach rzeczywiście zrobi różnicę? Czy producent tworzy go, bo wie, że musi, zdaje sobie sprawę z tego, że bez elektrycznego pojazdu może mieć problem, czy ulega ogólnemu trendowi i wychodzi z założenia, że maszyna tego typu ofercie nie zaszkodzi, a może nawet znajdą się na nią chętni?

To pytanie można rozszerzyć, przerzucić też na innych producentów: czy kolejne koncerny motoryzacyjne informują o tworzeniu elektryków, bo widzą w tym jedyną drogę, obawiają się o swoją spalinową przyszłość czy też podążają za modą, robią z tego PR? Na dłuższą metę ropa musi przegrać, chociażby dlatego, że kiedyś się skończy, ale czy już nastał ten moment, gdy trzeba od niej odchodzić? Kolejni producenci informują, ile elektryków będą mieli w ofercie za pięć lat, ile samochodów tego typu sprzedadzą w ciągu dekady, lecz coraz częściej odnoszę wrażenie, że robią to pod wpływem innych firm, ewentualnie władz, mediów czy fanów zielonej energii. Wokół ropy atmosfera zrobiła się ciężka, zwłaszcza po dieselgate, więc nastały czasy elektrycznego szaleństwa.

Ciekawe, ile firm pójdzie, nomen omen, pod prąd i czy za 5-10 lat rzeczywiście zauważymy konsekwencje dzisiejszych deklaracji?