15

Poszedłem na Gwiezdne wojny 40 dni po premierze – jakoś dało się wytrzymać…

Niektórzy stwierdzą pewnie, że to bluźnierstwo, ale VIII część Star Wars nie ciągnęła mnie do kina niczym potężny magnes. Powodów było kilka, jeden z nich to z pewnością... rozczarowanie Przebudzeniem mocy. Po seansie "siódemki" byłem raczej zadowolony, ale to chyba pierwsze ogłuszenie powrotem legendarnej sagi. Drugi seans przyniósł mieszane uczucia. Dlatego w połowie grudnia 2017 roku (albo jeszcze w październiku, gdy ruszyła przedsprzedaż) nie walczyłem o bilety. Nie żałuję...

Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi zaliczone. Poczekałem z tym do ostatnich dni stycznia 2018 roku, a do wizyty w kinie skłoniło głównie to, że tytuł jest wycofywany z IMAX. Gdyby nie ta okoliczność, pewnie wybierałbym się na kolejne tytuły, ze Star Wars czekałbym nadal, do ostatniej chwili. Wynika to z faktu, że nie przepadam za sagą? Nie, jestem fanem. Umiarkowanym: gadżetów nie zbieram, książek z uniwersum nie czytam, ale filmy znam na pamięć. Ciągle jednak powtarzam sobie, że to tylko rozrywka. Dobra, „głośna”, kultowa, lecz życia nie zmienia. Przynajmniej zdecydowanej większości z nas nie zmieni.

Przyznam, że decyzję o wyprawie do kina odkładałem nie tylko z uwagi na kiepskie (to oczywiście moja opinia) Przebudzenie mocy – zniechęcił mnie również pomysł ustawiania się w kolejce po bilety już w październiku. Wówczas mówiłem wprost, że to szaleństwo. Rozumiem jeszcze ludzi, dla których to kwestia biznesowa albo zagorzałych fanów, ludzi, którzy psu dają na imię Anakin, a córce Leia. Chodzą po domu w skafandrach szturmowców, a wymarzone miejsce na urlop to dla nich Tatooine. Ale cała reszta daje się wciągnąć w sprzedażową machinę Disneya, która czasem przeraża. Powtórzę: to tylko film. Będą go grali tygodniami. Nie myliłem się – 40 dni po premierze nadal mogłem bez problemu obejrzeć Gwiezdne wojny na wielkim ekranie…

Jak było ze spoilerami, czy ludzie zniszczyli mi rozrywkę? Muszę przyznać, że tu pojawiły się pewne zaskoczenia. Po pierwsze, udało się przetrwać w Sieci bez poznania najciekawszych motywów z filmu, a po drugie, przekonałem się, że najgorszym spoilerowym czasem nie jest pierwszy tydzień po premierze – ludzie się wówczas pilnują, nie niszczą innym zabawy. Potem jest jednak gorzej, bo ci, co widzieli, zakładają, że wszyscy musieli już być w kinie – przecież jesteśmy tydzień po premierze! Dyskusje na temat nowej odsłony nie toczyły się już w miejscach oznaczonych słowami „uwaga, spoilery” – internauci wykładali kawę na ławę w najmniej spodziewanych momentach. Koledzy z pracy próbowali storpedować seans podczas omawiania tematów na AW… A skoro już o dyskusjach mowa.

Naprawdę cieszę się, że nie wybrałem się do kina w pierwszej fali, bo po seansie pewnie włączyłbym się w przeróżne wykminy, rozbieranie wątków na części pierwsze, komentowanie każdej sceny. Przynajmniej kilka godzin wyjętych z życia i przeznaczonych na omawianie tego, czy pewna scena z Leią (ci, którzy widzieli, zapewne się domyślają, o czym mowa) ma sens. Czy jest potrzebna albo dlaczego wygląda tak źle. Nie marnowałbym cennych minut na wywody o poprawności politycznej, nieścisłościach w scenariuszu, logice w Star Wars. Bo czy o logikę chodzi przede wszystkim w sadze Gwiezdne wojny?

Takie podejście nie odnosi się oczywiście tylko do SW – na każdy film można poczekać te 40 dni. Na każdą grę i płytę. Nie odpaliłem drugiego sezonu Stranger Things, gdy tylko wylądował w Sieci (dzięki temu rozczarowałem się później). A jeśli ktoś dał sobie wmówić, że jest inaczej, że nie można czekać, najwyraźniej nie powinien śledzić mediów: jest zbyt podatny na manipulacje. I chociaż cieszę się, że w serwisie Netflix pojawi się Łotr 1, film, który przypadł mi do gustu bardziej niż właściwa saga, to nie odliczam dni do ponownego obejrzenia. To tylko film, w serwisie trochę powisi…