8

Gry Star Wars – historia wzlotów i upadków (7)

Rok 1998. Jesteśmy w przeddzień premiery pierwszego epozodu nowej kinowej trylogii Gwiezdnych Wojen. Czy wpłynie ona na świat gier? O tak, nawet za bardzo… Nadchodzi czas, który najlepiej poddsumowuje adres strony internetowej, jaka funkcjonowała przez pewien czas w sieci – jarjarmustdie.com. W 1998 roku pojawia się Star Wars Trilogy arcade. Powtórka z rozrywki? W pewnym […]

Rok 1998. Jesteśmy w przeddzień premiery pierwszego epozodu nowej kinowej trylogii Gwiezdnych Wojen. Czy wpłynie ona na świat gier? O tak, nawet za bardzo… Nadchodzi czas, który najlepiej poddsumowuje adres strony internetowej, jaka funkcjonowała przez pewien czas w sieci – jarjarmustdie.com.

W 1998 roku pojawia się Star Wars Trilogy arcade. Powtórka z rozrywki? W pewnym sensie. To bowiem całkowicie nowy automat do gry w systemnie Sega Model 3. Tych, którzy pamiętają grę, będzie można na palcach policzyć. Niewiele bowiem tych automatów trafiło do Polski. Sam natknąłem się na jeden w jakims przydrożnym barze i oszalałem ze szczęścia. Co prawda mieliśmy tu do czynienia z rail shooterem, jednak akcja była naprawdę dynamiczna i dawała wiele przyjemności. Zobaczcie zresztą sami!

Jeśli spodobał się Wam ten tytuł, po cichu podpowiem, że można w sieci znaleźć zarówno grę, jak i emulator Sega Model 3.

Na przełomie lutego i marca 1999 roku na scenę wkracza Star Wars: X-Wing Alliance. To gra silna Mocą i zarazem kolejna, która udowadnia, że największa siła czai się w pojedynkach kosmicznych. Co prawda emocje graczy nieco już ostygły i według niektórych gra nie wniosła nic poza ładniejszą grafiką, jednak wciąż mieliśmy do czynienia z hitem.

Nareszczie w symulatorze mamy porządną fabułę, rozwijającą sie w miarę upływu wydarzeń i nadająca sens całej grze. Rozpoczynasz grę jako członek kupieckiej rodziny, handlujacej w całej galaktyce. Wydarzenia rodzinne sprawiają, że po kilku misjach dołączasz do Rebelii i walczysz u jej boku, by w ostatnich czterch misjach wziąź udział w BITWIE O ENDOR i wysadzić Gwiazdę Śmierci! Wiele z zadań rozgrywa się w samym centrum wielkich flot, gdzie dokoła latają dziesiątki mysliwców i conajmniej kilka okrętów klasy „Capital Ship”. Misje rozpoczynasz z pokładu stacji lub korwety korelianskiej i widzisz jak twój pojazd opuszcza swoją bazę. Każda misja przeprowadzona jest od początku do końca. Musisz wystartować i zadokować. Wszystko układa się w logiczna całość. Rozwój symulatora z serii X-Wing osiągnął szczyty. (źródło)

To też kolejna gra, która doczekała się wielu modyfikacji.

Scena moderska XWA przewyższa rozmiarem jakąkolwiek wcześniejszą i wciąż można uznać ją za żywą. Wciąż pojawiają się modele okrętów z prequeli, a przy odrobinie chęci dałoby się nawet tworzyć przyzwoite kampanie w czasach CW. Nie widziałem jednak nic ponad pojedyncze misje. (źródło)

Tego samego roku powstaje quasi-edukacyjna gra dla dzieci Droid Works, w której należy konstruować roboty stosownie do przyznanych nam misji. Tymczasem na scenę wkracza… Jar Jar Binks i swoim koślawym angielskim wyjaśnia Lucasowi, że należy zarabiać jak najwięcej przy jak najmniejszym koszcie.

30 kwietnia 1999 roku pojawia się Star Wars Episode I: The Phantom Menace. Gra stanowi gatunkową hybrydę. Mamy tu połączenie klimatów przygodowych ze zręcznościowymi w konwencji TPP przechodzacej często w rzut izometryczny. Czyste szaleństwo… Postacie są kanciaste, fabuła zmieniona względem filmu (może to i lepiej?), a całość… wcale nie taka zła. Ile w niej jednak klimatu klasycznych Gwiezdnych Wojen? Dokładnie zero. To gra dla nowych pokoleń. Stare muszą umrzeć.

Tego samego roku pojawia się Star Wars Episode I: Racer. Gra, w której podarowano sobie fabułę, na rzecz szalonych wrażeń. Mamy tu bowiem do czynienia z wyścigami pod racerów, znanych z filmu, a rywalizujemy nie tylko na Tatooine, ale i na innych planetach. To dobrze zrealizowane wyścigi, które znakomicie się sprzedały, pobijając nawet takie gry ze swojego gatunku jak Wipeout. Czy poradziłyby sobie bez marki Star Wars. Na pewno nie tak dobrze. Tym niemniej zagrać warto do dziś, choć ta zabawa szybko się nudzi.

Rozpoczyna się na dobre czas odcinania kuponów. Jak grzyby po deszczu pojawiają się produkcje spod znaku „zróbmy to szybko i zgarnijmy szmal, zanim się gracze pokapują”. Na ten zasadzie stworzony jest chociażby Star Wars: Episode I: Battle for Naboo (rok 2000/2001) – projekt, który Wikipedia ma czelność określać duchowym następcą kultowego Rogue Squadrona.

Postawiona na tym samym silniku gra wygląda już nie tak dobrze i wyraźnie widać, że została dosłownie sklecona z byle czego. Balans misji jest słaby, a całość ciągnie się i jest nudna jak flaki z olejem. Jako wielki fan Rogue Squadrona sięgnąłem po tę grę, choć kompletnie nie odpowiada mi estetyka I epizodu odstająca od świata wykreowanego przez Ralpha Angusa McQuarrie, odpowiedzialnego za wizualizacje starej trylogii. Gorzko się rozczarowałem. Jako że to dziś częste powiedzenie, użyję go i ja – oto produkcja dla gimbazy! Amen!

W serii inspirowanej fatalnym epizodem I powstały jeszcze Star Wars: Episode I – Obi-Wan’s Adventures (2000) i Star Wars: Episode I – Jedi Power Battles (2000/2001) – pierwsza przeznaczona na Game Boy Color, druga – na PlayStation, Dreamcast i Game Boy Advance.

W pewnym momencie stajnia Lucasa zrozumiała jednak, że nie utrzyma się na produkcjach opartych na nowej trylogii. Nie da się odciąć i spalić przeszłości, a grono fanów oryginalnych filmów to wciąż potężne lobby, które na złość nie chce wymrzeć.

W 2000 roku pojawił się Star Wars: Force Commander – nowa produkcja strategiczna, która dawała graczowi to, czego Rebellion zaoferować nie mógł – możliwość brania udziału w dowodzonych przez siebie bitwach. Gra wzbudziła mieszane uczucia. Jedni narzekali na to, że jest trudna, inni na wysokie wówczas wymagania sprzętowe. Wszyscy fani starej trylogii zgodnie jednak mogli przyznać – nareszcie stworzono coś dla nas.

W 2001 roku pojawił się kolejny Rogue Squadron. I wszystko byłoby wręcz cudownie, gdyby nie fakt, iż grę wydano jedynie na konsolę GameCube! Pecetowcy na otarcie łez otrzymali Star Wars: Starfighter – kolejną grę osadzoną w klimacie nowej trylogii. Na ratunek przyszła jednak… nowa strategia! Tego samego roku pojawił się bowiem Star Wars: Galactic Battlegrounds. W innym artykule na łamach Antyweb napisałem o niej:

Powiem szczerze – gra do hitów nigdy nie należała, ale wybrałem ją z czysto osobistych względów – jestem zdeklarowanym fanem Gwiezdnych Wojen od 1979 roku, czyli od momentu, gdy po raz pierwszy obejrzałem w kinie „Nową nadzieję”. SW: GB to klastyczna strategia czasu rzeczywistego w realiach Star Wars. Możemy tu wybierać pośród sześciu „ras” – dostępni są Rebelianci, siły Imperium, wookies, Gunganie, ludzie z Naboo i Federacja Handlowa. Co poza tym? Przeszło 300 typów jednostek i budynków. Są rycerze Jedi, jest sam Dart Vader, są myśliwce X-wing, snowspeedery i opancerzone AT-AT. Słowem, wszystko, co fan Gwiezdnych Wojen kocha najbardziej. Obawiam się jednak, że kto w świecie Star Wars nie gustuje, może się grą szybko znudzić. (źródło)

Tymczasem nieco zapomniany Kyle Katarn, zapewne zażenowany nowymi produkcjami na postawie I epizodu, postanowił powrócić, by przekonać wszystkich, że prawdziwa siła tkwi w kontynuacji filmowej sagi, a nie w jej prequelach. Czy mu się udało? I to jak! Ale o tym następnym razem…

Ciąg dalszy nastąpi.
Niech Moc będzie z Wami!

Zdjęcie w nagłówku: wallpaperstock.net