17

Gry społecznościowe – kochamy czuć do nich nienawiść!

Znienawidzone, opluwane, odsądzane od czci i wiary gry społecznościowe. Choć nie trafiły nigdy na czarną listę rozrywek zakazanych, pozostają solą w oku prawdziwych graczy. Podobno psują rynek, uzależniają, demoralizują i wykradają Ci pieniądze z portfela, gdy smacznie śpisz. Czasem nawet mordują i pożerają małe słodkie kotki… Czym jest gra komputerowa? Konia z rzędem temu, kto […]

Znienawidzone, opluwane, odsądzane od czci i wiary gry społecznościowe. Choć nie trafiły nigdy na czarną listę rozrywek zakazanych, pozostają solą w oku prawdziwych graczy. Podobno psują rynek, uzależniają, demoralizują i wykradają Ci pieniądze z portfela, gdy smacznie śpisz. Czasem nawet mordują i pożerają małe słodkie kotki…

Czym jest gra komputerowa? Konia z rzędem temu, kto poda jedną sensowną definicję. Naukowy dyskurs trwa w tej materii od lat całych i próżno szukać rozwiązania. Przyjmijmy jednak, że gra komputerowa to rodzaj interaktywnej rozrywki z użyciem komputera. Amen.

W tak określonym zbiorze zmieści się i tekstowa przygodówka, i hardcore’owa strzelanka, i wesoły casual, i… browserowa farma. Owszem!

Stereotyp gry społecznościowej to farma właśnie. Mentalnie zdominowani przez Zyngę postrzegamy „soszialową” rozrywkę tylko i wyłącznie poprzez sadzenie marchewek i dojenie krów (oraz naszych portfeli). Do tego system mikropłatności free2play, określany złośliwie jako „łżedarmowy” wydaje się nam być gorszy od ZUS i Urzędu Skarbowego razem wziętych.

Stereotyp gry społecznościowej (i zarazem jej gracza)…

Twardziele wymiatający w hardcore’y i jednym małym palcem u nogi przechodzący przez wszystkie części GTA pomstują na społecznościówki. No bo co to, jak to, dlaczego? I jakim prawem?

Tymczasem prawda jest banalna i zawiera się w starej wytartej sentencji „dla każdego coś miłego”. Rynek gier jest długi i szeroki. I jako taki oferuje naprawdę imponujący rozmiarem przedział rozrywki. Wspomnijcie chociażby popularne ostatnimi czasy symulatory śmieciarek, traktorów czy dźwigów budowlanych. Dziwne? Dziwne! Ale ma to swoich fanów, więc czy naprawdę jest sens krytykować?

To samo tyczy się gier społecznościowych, które mają miliony zwolenników na całym świecie. Jest zapotrzebowanie, jest rynek, a o gustach się nie dyskutuje!

Obalmy więc kilka mitów związanych z „okrutnym soszialem”!

1. Gry społecznościowe to tylko farmy. Błąd. Owszem, model krów i marchewek długo pokutował w sieci, jednak związane to było z potrzebami takiego a nie innego odbiorcy. A była nim… 40-letnia kobieta (sic!). Społecznościówki zataczały jednak coraz szersze kręgi, w związku z czym musiały ewoluować stosownie do potrzeb nowych grup odbiorców. Dlatego dziś, miast doić krowy, z powodzeniem możemy szlachtować zbójców i demony w społecznościowych hack’n’slashach!

2. Na gry społecznościowe wydajemy więcej niż na tradycyjne. Owszem, gdy się uprzemy. Prawdą jednak pozostaje, iż produkcje „soszialowe”, choć kuszą płatnymi ułatwieniami, pozostają tytułami darmowymi, które można skończyć, nie wydając ani grosza. Tylko trzy procenty użytkowników na świecie płacą tu za cokolwiek!

3. Gry społecznościowe są prymitywne. Określenie równie krzywdzące, co nieprecyzyjne. Każdy typ gier ma swe hity i czarne owce. Społecznościówki charakteryzują się jednak na tyle prostym i przystępnym interfejsem, że posądza się je o prymitywną mechanikę. Co ciekawe, zarzut taki rzadziej spada na produkcje mobilne, gdzie często jedynym zadaniem gracza jest raczej bezmyślne klepanie w ekran telefonu czy tabletu (choć to też nie reguła!). Tymczasem tytuły „soszialowe” coraz częściej oferują szereg zaawansowanych opcji – od inteligentnej kooperacji po zmyślny crafting.

 Kings Road – bardzo ładny hack’n’slash z craftingiem i trybem kooperacji

To prawda, social games to wciąż działka bardziej casualowa, czyli dla tak zwanych niedzielnych graczy. Mimo to coraz więcej użytkowników docenia fakt, iż można tu grać na każdym możliwym komputerze bez potrzeby instalacji programu, a wymagania sprzętowe są zaskakująco niskie. Prognozy wskazują też, iż w sektorze tym zagości więcej tytułów dla hardcore’owców.

Mimo to jednak wciąż żyjemy stereotypem farmy, marchewek, krowich cycków i dojonych portfeli. To wizerunek zdecydowanie krzywdzący, choć oczywiście nie do końca bezpodstawny. Nie można jednak produkcjom tym odmawiać miana gier i należnego im miejsca na rynku.

Parafrazując słynnego pisarza Jonathana Carrolla można powiedzieć – nie lubisz, nie graj. Zasada prosta i klarowana, wciąż jednak w Polsce mało znana. Najczęściej bowiem stosujemy się do maksymy – nie lubisz, opluj (oraz nie znam się, więc się wypowiem).

Stąd też zresztą nieustające wojny, jakie w branży toczone są już od połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to rozgorzał konflikt między graczami na Spectrum a Atari. Wydawać by się mogło, że społeczeństwo przez 30 lat zdoła się rozwinąć, jednak fakty zdają się temu przeczyć.

Spróbujmy najpierw zagrać. A jeśli się nam nie spodoba, odłóżmy na bok, zadowoleni, że nie wydaliśmy ani grosza. Ileż wysoko płatnych, pecetowych czy konsolowych gier zalega w dolnych szufladach tylko dlatego, że wyrzuciliśmy pieniądze na coś, co okazało się zupełnie niestrawne…