greenpeace
67

Greenpeace może i ma dobre intencje, ale działa jak banda oszołomów

Jestem pewien, że albo ktoś z Greenpeace albo ktoś z nimi sympatyzujący postanowi wszcząć przeciwko mnie krucjatę i doprowadzić moje poglądy do "stanu akceptowalności". Przed tym jednak tego typu ludzi ostrzegam - moich poglądów nie zmienicie. Wiele musiałoby się zmienić w samej wspomnianej organizacji, żebym zmienił o niej zdanie - szczególnie po ostatnich jej wybrykach.

Zacznę od początku. Powodem, dla którego ten tekst w ogóle pojawia się na Antywebie jest incydent z udziałem Greenpeace, w którym główną rolę grał dron. Jak doskonale wiecie z innych tekstów na temat niebezpiecznego użycia zdalnie sterowanych statków powietrznych, m. in. na Lotnisku Chopina w Warszawie doszło do incydentu, w ramach którego pilot takiego urządzenia o mało nie zderzył się z podchodzącym do lądowania samolotem. Aktywiści z Greenpeace postanowili ukazać braki w bezpieczeństwie jednej z elektrowni jądrowej właśnie za pomocą drona.

Francuska elektrownia atomowa w Bugey była świadkiem niecodziennego wydarzenia. Statek powietrzny przypominający Supermana uderzył w ścianę budynku, w którym przechowywane jest zużyte paliwo jądrowe. Celem aktywistów było zwrócenie uwagi na fakt, że dostanie się do kompleksu w niekonwencjonalny sposób jest niezwykle łatwe – w kontekście takich materiałów jak zużyte paliwo jądrowe, wysoce radioaktywne zresztą może to być niesamowicie niebezpieczne. Ok, z tym się zgadzam. Ale czy podjęte środki nie są aby zbyt „natarczywe” jak na tę okoliczność?

Greenpeace zbawia świat performance’em

Gdybym miał pominąć sam fakt naruszenia bezpieczeństwa kompleksu, który ma ogromne znaczenie dla strategicznej infrastruktury kraju, to pewnie nazwałbym wyczyn aktywisty Greenpeace performance’em. Słabym zresztą, serio. Wyrżnięcie dronem przypominającym superbohatera w budynek nie jest niczym godnym podziwu i gdybyśmy nie mieli do czynienia z elektrownią jądrową, zapewne nikt by o tym nie mówił. Biorąc jednak pod uwagę kontekst całej historii można dojść do wniosku, że kogoś zwyczajnie poniosło (fajnie to brzmi w zestawieniu z dronem, prawda?). Nie pierwszy raz zresztą, bo Greenpeace zamiast słynąć z naprawdę dobrych i potrzebnych akcji (których organizacji oczywiście nie brakuje), ostatnio przypomina raczej awanturniczą trupę cyrkową, karykaturę pierwotnych motywów, którymi kierowali się założyciele.

Rok 2013 dla Greenpeace był kompletnie nieudany – 18 sierpnia tego roku w ramach protestu przeciwko produkcji oleju na Arktyce, aktywiści próbowali wspiąć się na platformę wiertniczą Prirazłomnaja. Skończyło się na tym, że Rosjanie zatrzymali statek „Arctic Sunrise” i aresztował załogę składającą się z 28 członków organizacji oraz dwóch dziennikarzy. Zarządca platformy, a zatem Rosjanie oskarżyli aktywistów o piractwo i chuligaństwo. Po staraniach Holendrów, pod flagą których pływał „Artic Sunrise”, działacze zostali ostatecznie wypuszczeni na wolność.

W ubiegły wtorek natomiast aktywiści organizacji postanowili rozlać ponad 10 tys. litrów farby wokół Kolumny Zwycięstwa w Berlinie. Żółte tło miało spowodować, że przejeżdżające tam samochody tworzyły „słońce”, będące symbolem walki o zamknięcie elektrowni węglowych zatruwających środowisko. Nikt jednak nie wziął pod uwagę, że farba raczej nie jest obojętna dla środowiska, a sprzątanie drogi po tym wybryku kosztuje. Greenpeace otrzymał rachunek opiewający na 15 000 euro, a w tym m. in. koszty paliwa pojazdów uczestniczących w akcji sprzątania bałaganu. Dodatkowo, przejeżdżający wokół kolumny kierowcy narazili się na zachlapanie farbą opon oraz karoserii samochodów. Niewykluczone, że ubezpieczyciele, do których zgłoszono szkody drogą regresu zwrócą się do Greenpeace z roszczeniami.

Serio? Na tym polega walka o środowisko?

Kiedyś myśląc o ochronie środowiska człowiek myślał od razu „Greenpeace!”. Dzisiaj też jest to „Greenpeace” – z tym, że po chwili nachodzi człowieka refleksja i ma co do tej odpowiedzi „ale”. To jak postrzegana jest w ostatnim czasie ta organizacja stanowi o niebywałym moim zdaniem regresie wizerunkowym. Grupa idzie w rozgłos – za wszelką cenę i wszelkimi dostępnymi środkami: choćby te jawnie przeczyły pierwotnym dążeniom organizacji. Przypinanie się łańcuchami do drzew jestem jeszcze w stanie zrozumieć – aktywiści nikomu oprócz sobie tym nie szkodzą. Ale… powodowanie poważnego zagrożenia w newralgicznej infrastrukturze (przecież incydent z elektrownią mógł spokojnie zostać poczytany jako próba dokonania aktu terroryzmu…), czy też niszczenie własności publicznej oraz prywatnej w imię „zwrócenia uwagi na problem” to koszmar.

Koszmar polegający na tym, iż nawet te organizacje, które mają rzekomo dobre zamiary dają się ponieść nurtowi skandalizowania, który obecny jest przecież także w mediach i przesuwają granice „performance’u” coraz dalej. Drodzy Państwo, powiedzcie mi: kto odpowiedziałby za wypadek spowodowany przez wylaną na drodze farbę? Czy ktokolwiek pomyślał o tym, że tego typu akcja może sprowadzić niebezpieczeństwo na przejeżdżających tamtędy kierowców? Już pal licho ze sprzątaniem oraz zachlapanymi autami.

Ale nie tylko Greenpeace ma ten problem. Z ogromną przykrością stwierdzam, że grupy składające się z aktywistów walczących o „słuszną sprawę” często posuwają się stanowczo za daleko. Rozumiem postulaty feministek, ale niekoniecznie ich formy działania. Podobny problem mam m. in. z „walczącą” w Polsce opozycją, niektórymi odłamami aktywnych grup LGBTQ i innymi.

Racjonalne, stonowane metody walki nie są modne i nośne, więc mało kto po nie sięga

Problem m. in. Greenpeace ma wiele wymiarów. Nie twierdzę, że aktywiści grupy walczą w sprawach błahych. Z pewnością robią to jednak w sposób nieodpowiedni – spójrzcie, 15 000 euro w kontekście sponsorów hojnie wspierających organizację to niewiele. Jestem pewien, że grupa brała pod uwagę taki koszt myśląc o akcji. Szkoda tylko, że przy tej okazji dokonuje się rzeczy kompletnie bezmyślnych, szkodliwych dla ogółu.