Moje przemyślenia

Google wydał pedofilów? I bardzo dobrze!

JS
Jakub Szczęsny

Jak idzie o naprawianie czegokolwiek - to owszem, ...

116

Przez media przetoczyła się wichurka, którą spowodowało ujawnienie praktyk Google wobec pedofilów - osób, które w swych niecnych postępkach wykorzystują dzieci i nie jestem chyba odosobniony w przekonaniu, że jest to występek wyjątkowo obrzydliwy. Niektórzy natomiast zamierzają przyczepić się do teg...

Przez media przetoczyła się wichurka, którą spowodowało ujawnienie praktyk Google wobec pedofilów - osób, które w swych niecnych postępkach wykorzystują dzieci i nie jestem chyba odosobniony w przekonaniu, że jest to występek wyjątkowo obrzydliwy. Niektórzy natomiast zamierzają przyczepić się do tego, co robi Google - chodzi tu o bezpieczeństwo naszych danych, które jest stawiane przez pewne osoby wyżej, niż bezpieczeństwo dzieci.

Psychoza bezpieczeństwa danych

Przypadek Edwarda Snowdena, który ujawnił co nieco na temat wykorzystywania naszych danych przez instytucje wywiadowcze (a one nie wzięły tych danych z kosmosu, lecz od informatycznych gigantów) spowodował, że w Internecie na poważnie rozgorzała debata nad tym, jak bardzo jesteśmy bezpieczni w Sieci i czy w ogóle możemy mówić o prywatności poruszając się w Internecie.

Komentarze na Antywebie, czy na innych blogach lub serwisach technologicznych w niemałej części dotykają kwestii naszej prywatności. O ile niektóre obawy mają swoje uzasadnienie po ujawnieniu niewygodnych dla gigantów faktów, tak uważam, że większość zgłaszanych przez internautów wątpliwości jest po prostu wyolbrzymiona.

Co Google nabroił

Chodzi o to, że gigant analizuje zdjęcia w usłudze Gmail i po wykryciu (przez automat) treści pedofilskich, przekazuje informacje odpowiednim służbom. Działa to na prostej zasadzie oznaczania podejrzanych zdjęć hashem - jeśli grafika zostanie zidentyfikowana, rozpoczyna się procedura powiadamiania odpowiednich władz.

I wiecie, co? Wcale mnie to nie martwi. Jeśli tylko inwigilacja w Internecie będzie gwarantowała mojemu dziecku (którego jeszcze nie mam) bezpieczeństwo i spowoduje, że obleśna szumowina, zwierzę i zwyrodnialec pójdzie do więzienia (gdzie współosadzeni ugoszczą go z należytymi "honorami"), to jestem absolutnie za. Poza tym, dziwi mnie postawa ludzi, którzy oburzają się na myśl, że ich wiadomości, czy obrazki mogą być analizowane. Żyjemy w czasach, gdzie informacja jest jedną z najważniejszych wartości (obok zdrowia, rodziny, godności i wolności). A wolność nie polega wcale na tym, by dzielić się ze swoimi spaczonymi znajomymi fotografiami nagich i wykorzystywanych dzieci.

Ponadto, przed rozpoczęciem korzystania z usług Google, Microsoftu, czy innego dostawcy podobnych rozwiązań godzimy się na takie praktyki w regulaminie, który jasno określa co wolno, co nie i co zrobi firma, jeśli ów dokument potraktujemy jak śmieć. Wszelkie połajanki w stronę firm za to, że sprawdzają nasze wiadomości są po prostu nie na miejscu - zwłaszcza, że mamy do czynienia z analizującym dane automatem, a nie człowiekiem, który ma etat tu, czy tam i zawodowo czyta nasze wiadomości.

Co byś zrobił gdyby...

Okazało się, że zostajesz wezwany przez służby razem z dzieckiem. Dowiadujesz się, że złapano groźnego pedofila i gromadzony jest materiał dowodowy. Funkcjonariusz informuje Cię, że zatrzymany (nie daj Bóg) zgwałcił i zamordował kilkoro dzieci. Kontaktował się także z Twoim dzieckiem, ale dzięki działaniom Google (czy jakiejkolwiek innej firmy) został złapany.

Nie życzę nikomu takiej sytuacji, a zwłaszcza takiej, w której historia nie kończy się happy-endem. Dyskusja o bezpieczeństwie w Internecie jest tak głupio napompowana, że czasami zapominamy o rzeczach naprawdę ważnych. Takich, jak życie i zdrowie nas i naszych bliskich. A takie wnioski wysnułem po przeczytaniu paru dyskusji w Internecie.

Grafika: 1, 2

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

Googlepedofiliahot