4

Google PageRank to nie wszystko – jak wygląda praca człowieka odpowiedzialnego za wyniki wyszukiwania?

Google od zawsze chwali się swoimi komputerowymi algorytmami – to one zbudowały dzisiejszą potęgę jaką jest wyszukiwarka numer jeden na świecie*. To od nich zależy co wyświetli nam się po wpisaniu zagadnienia, ale nie tylko. Za nasze wyniki odpowiadają także „raters”, czyli ludzie oceniający strony. O nich wiemy niewiele, ale o ich pracy coraz więcej. […]

Google od zawsze chwali się swoimi komputerowymi algorytmami – to one zbudowały dzisiejszą potęgę jaką jest wyszukiwarka numer jeden na świecie*. To od nich zależy co wyświetli nam się po wpisaniu zagadnienia, ale nie tylko. Za nasze wyniki odpowiadają także „raters”, czyli ludzie oceniający strony. O nich wiemy niewiele, ale o ich pracy coraz więcej.

Zapoznałem się już z co najmniej kilkoma książkami opowiadającymi historię firmy Google. Zostały w nich przedstawione nie tylko początki wielkiej korporacji, ale również zasady które dziś kierują tą firmę i jej aktualne cele. Odwołań do „rewelacyjnych” algorytmów było co nie miara, więc na własną rękę podjąłem próbę znalezienia jakichkolwiek informacji na temat ludzi, którzy mieli tę karkołomną pracę wykonywać. Bez niespodzianek – oprócz pewnych domysłów na temat ich istnienia, nie znalazłem nic konkretnego.

Dlatego ze sporym zaskoczeniem przyjrzałem się artykułowi serwisu TheRegister, który to dotarł do 160-stronicowego dokumentu z wytycznymi dla osób pełniących funkcję „ratera” („rate” – z angielskiego „oceniać”). Ocenianie stron internetowych i wyników wyszukiwań odbywa się w kilku kategoriach: na podstawie znaczenia witryny, „spamowości” i jakości. W pierwszej z kategorii do wyboru są takie opcje jak: „istotna”, „przydatna”, „trafna”, „mniej trafna”, „nie na temat/bezużyteczna” i niepodlegająca ocenie.

Jak przypomina TheRegister Google żartowało o zatrudnianiu wyszkolonych gołębi do oceniania stron wyśmiewając plotki twierdzące, by robili to ludzie

Czy są strony, których „ratersi” nie powinni oceniać? Naturalnie. Przede wszystkim chodzi o strony, które nie posiadają aktualnych certyfikatów bezpieczeństwa. Co ciekawe w momencie powstania tego konkretnego poradnika strona armii Stanów Zjednoczonych była jedną z nich. Istotna jest także data aktualizacji strony – jeżeli wskazuje ona na okres dłuższy niż 4 miesiące, to jej treść nie będzie mogła być określona mianem „istotnej”, czyli mającej znaczenie.

Najbardziej kontrowersyjnym elementem oceny, jest jednak subiektywna ocena jakości strony. Dla przykładu Google może zapytać o reputację konkretnej strony i właśnie ten czynnik będzie później decydujący.

Czy te informacje cokolwiek zmieniają? Dla miliardów użytkowników nie powinno to mieć większego znaczenia, ponieważ system ten z całą pewnością nie działa od wczoraj, a dobrze wiemy że sprawdza się w większości przypadków wręcz doskonale. Nie mogę się jednak oprzeć dobremu samopoczuciu, że wyniki wyszukiwań w Google nie powstają tylko i wyłącznie na podstawie algorytmów i pracy komputerów – czynnik ludzki w świecie technologii nie powinien być mimo wszystko zatracany.

Źródło: TheRegister, źródło grafiki: Imk-consulting.