15

Google i Bing też dostaje się za pirackie treści

Niemal za każdym razem, gdy zamykany jest serwis żyjący z promowania linków do treści objętych prawami autorskim, pojawia się kontrargument, że przecież to samo robi Google. Wygląda na to, że argument ten trafia nie tylko do przeciwników antypirackich kampanii, ale również do organizacji, które tą walką się zajmują. Wczoraj pojawił się bardzo ciekawy artykuł w […]

Niemal za każdym razem, gdy zamykany jest serwis żyjący z promowania linków do treści objętych prawami autorskim, pojawia się kontrargument, że przecież to samo robi Google. Wygląda na to, że argument ten trafia nie tylko do przeciwników antypirackich kampanii, ale również do organizacji, które tą walką się zajmują.

Wczoraj pojawił się bardzo ciekawy artykuł w TheGuardian o tym, że brytyjskie organizacje zajmujące się ochroną praw autorskich w dokumencie skierowanym do rządu „skarżą” się o to, że Google i Bing utrudniają dostęp klientów do legalnych treści online – czytaj: użytkownik poszukując filmu zostaje zalany wynikami wyszukiwania kierującymi go do serwisów z nielegalnie udostępnianymi treściami (ciekawa retoryka, prawda?).

Tezę podparto wyliczeniami: 16 na 20 wyników wyszukiwania w Google w przypadku muzyki to linki do pirackich serwisów, w przypadku książek to 40% pierwszej strony. Ha, trudno nie przyznać im racji – sam postanowiłem sprawdzić, jak to wygląda, i wpisałem w wyszukiwarkę „nothing else matter Metallica mp3” i oto, co mi wyszło:

 

Wprawdzie Google współpracuje z organizacjami w celu przesiewania wyników wyszukiwania, jak czytamy, tylko w zeszłym roku usunęło 5 milionów elementów z wyszukiwarki kierujących do nielegalnej muzyki, wydając na to w sumie ponad 80 milionów dolarów. Ale nie oszukujmy się, jest to wojna z wiatrakami. Tę świadomość ma zarówno Google, jak i organizacje zarządzające prawami autorskimi.

Dlatego zwróciły się do brytyjskiego rządu z szeregiem propozycji, w tym z utworzeniem specjalnego organu, który pomagałby w usuwaniu z wyszukiwarek pirackich treści. Chcą też, aby Google bardziej zaangażowało się w uporządkowywanie swojego podwórka, również, jeżeli chodzi o Androida, a także zaprezentowały całą litanię życzeń: chcą, aby strony, które udostępniają pirackie treści miały niższe rankingi w wynikach wyszukiwania, zaś strony z „certyfikatem legalności” były promowane, żądają zaprzestania indeksowania stron, które mają na swoim koncie wyroki sądowe, poprawienia mechanizmów znajdywania i ściągania pirackich stron z wyników wyszukiwania. Google powinno również zapewnić, że użytkownicy nie będą wchodzić na strony z nielegalnymi treściami zachęceni wynikami wyszukiwania, a strony takie nie będą reklamowane (również poprzez mobilne aplikacje).

Lista jest spora i nierealna. To znaczy, Google zapewne znalazłoby sposoby techniczne, aby spełnić część owych postulatów, ale po pierwsze, oznaczałoby to dla tej firmy „spore” koszty, po drugie, Google musiałoby dużo aktywniej obserwować sieć i to, co w niej robimy i trudno nie dojść do wniosku, że spełnienie tych postulatów mogłoby oznaczać nawet pewne formy inwigilacji.

Z dość oczywistych względów Google nie pójdzie na to, gdyż spełnianie tych czy im podobnych propozycji sprawiłoby, że odwróciliby się prędzej czy później od nich użytkownicy, a bez nich nie ma reklam, a bez reklam nie ma Google. Pytanie tylko, gdzie przebiegać będzie linia demarkacyjna między żądaniami organizacji zarządzającymi prawami autorskimi, a podmiotami takimi, jak Google?

Na razie przypomina to swoisty taniec z diabłem. Organizacje te wiedzą, że Google to zbyt potężna firma, aby dało się ją „spacyfikować”, zaś Google wie, że musi iść na ustępstwa, aby nie być nękanym pozwami, ale nie zamierza przecież pozbawiać się zarobku. Poza tym firma ta chce sprzedawać legalne treści przez swoje usługi, jak nie dogada się z tego typu organizacjami, to po interesie. Obie strony więc mają świadomość, że nie są w stanie zmienić diametralnie sytuacji, a wszystko to jest walka o kolejny przyczółek.

Ta nieustanna walka, którą obserwujemy przecież nie od dziś, o kontrolę nad przepływem treści w sieci, wydaje się nie mieć końca, a jej skutki są nie do przewidzenia. Na dwóch biegunach sporu istnieją dwa skrajne rozwiązania – liberalizacja praw własności intelektualnej połączona z wypracowaniem nowych modeli biznesowych lub totalna kontrola przepływu informacji w sieci i „zamykanie” Internetu. Ta druga opcja wydaje się mało realna, mimo że na razie większość prawnych rozwiązań idzie właśnie w tym kierunku.

Fota [1],[2]