flaga usa i zasieki
111

Google wyrzucił go za „prawdę” – teraz nazywa firmę… gułagiem

James Damore, człowiek niosący "kaganek prawdy" na temat polityki równych szans w Google został ostatecznie zwolniony z firmy. Jego manifest dotyczył sytuacji, w której faworyzowanie kobiet celem zniwelowania różnic jest nie tylko "głupie", ale i powoduje, że dyskryminowani są mężczyźni. Cóż, Damore może sobie myśleć co chce. Jednocześnie, powinien liczyć się z pewnymi konsekwencjami.

Staram się nie oceniać tego, czy Google zrobiło dobrze wyrzucając ze swoich szeregów krnąbrnego pracownika. Postrzegam to jednak w kategorii raczej zrozumiałej konsekwencji. Gigant stara się wyrównywać szanse, prowadzi w tym kierunku różnorakie programy – nie bez wpadek, bowiem YouTube został ostatnio bardzo skrytykowany za mocne opowiedzenie się za kwestią uchodźców za pomocą specjalnych materiałów wideo. Osobom sceptycznym co do przyjmowania osób odległych kulturowo z terenów objętych wojną nie spodobało się to, że YouTube bezkrytycznie zajął stanowisko w tej sprawie. Oliwy do ognia dolał fakt, iż krytyczne komentarze w serwisie były masowo usuwane.

Damore jak widać nie może się pogodzić z konsekwencjami swojego manifestu

Były już pracownik Google zyskał sporą sławę – jego manifest cytowały największe media na całym świecie. W Polsce stawiano go w jednym szeregu z Januszem Korwin Mikke – obydwaj panowie mają bardzo podobne poglądy na temat kobiet wskazując na pewne różnice, które owszem – występują. Ale w swoich stanowiskach są oni na tyle jednowymiarowi, że te twierdzenia przypominają raczej scenariusz kiepskiego kabaretu, a nie podstawę do merytorycznej dyskusji. W tym temacie muszę jednak powiedzieć coś od siebie – znam mnóstwo kobiet na wysokich stanowiskach, również w IT, które radzą sobie świetnie i na nikogo innego bym ich nie zamienił. I uwierzcie mi, że nie mają one łatwo, bowiem w zmaskulinizowanym środowisku ciągle muszą udowadniać, że allosomy XX wcale ich nie dyskwalifikują z tego, by traktować je poważnie.

Pan Damore na tyle obraził się na Google, że występuje teraz na Twitterze, w zdjęciu profilowym występuje obecnie w koszulce „Goolag”. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż ów napis to „przerobione” logo Google, co miałoby wskazywać na niskie standardy względem pracowników. Pan Damore leciutko się zagalopował, sądzę, że nie do końca rozumie sens i historię systemu GUŁAG, w skład którego wchodziły licznie rozsiane po terenie ZSRR łagry.

 

Google vs GUŁAG

W Google pracownicy otrzymują fajne pensje, mają do dyspozycji darmowych masażystów, mogą jeść co chcą i ile chcą (też za darmo). Dochodzi nawet do tego, że pracownik Google może zostać zwolniony za nieprawidłowy work-life balance. Nie ma sztywnych godzin pracy – byleby się wywiązywać z własnych obowiązków. Ponadto, zatrudniony w Google otrzymuje bardzo bogaty pakiet socjalny. Oczywiście – jak w każdej pracy istnieją pewne wady, ale umówmy się – Google to jedno z lepszych miejsc, w którym można dostać angaż.

A co z łagrami w systemie GUŁAG? Warunki pracy? „Najlepsze”. Obozy pracy przymusowej w ZSRR miały na celu „zresocjalizowanie elementu wywrotowego” przez ciężką, wyniszczającą pracę. Racje żywnościowe – o ile były, to bardzo mizerne. Na porządku dziennym było zastraszanie więźniów, gwałty, a także przypadki znęcania się strażników nad osadzonymi. Zaryzykuję stwierdzeniem, że system GUŁAG nie różnił się niczym od systemu Konzentrationslager w III Rzeszy. No, może poza celem osadzenia, bo niektóre w systemie nazistowskim sprowadzały się głównie do eksterminacji „elementu szkodliwego rasowo”.

Człowiek, który miał zwrócić na ważny problem w kwestii wyrównywania szans w sektorze IT sprowadza swoją „misję” do roli serii nieśmiesznych gagów. Pewne jest jednak to, że przez pewien czas będzie o nim jednak głośno. Jak długo? Niedługo. Uwierzcie mi, że jak za miesiąc ktokolwiek zostanie zapytany o nazwisko „Damore”, wzruszy ramionami i orzeknie, że człowieka nie zna. I tyle będzie z tej jego sławy. Czy słusznie? Według mnie – jak najbardziej.