2

Unia Europejska prosi Google, żeby Google przestało być Google, a Google się na to zgadza. Mhm…

google flaga unii
Google chce kupić Fitbita za 2,1 mld dolarów. Czy będzie gotowe zapłacić tę samą kwotę, jeżeli nie będzie miało dostępu do danych użytkowników? Nie sądzę.

Zakup Fitbit przez Google zaczyna już nieco przypominać brazylijską telenowele. Mija już bowiem ponad pół roku od momentu, w którym dowiedzieliśmy się, że na zakup Fitbita Google chce przeznaczyć 2,1 miliarda dolarów. Już wtedy pierwszym tematem, który został podniesiony przez opinię publiczną, było to, że Google ma nie wykorzystywać danych pozyskanych od użytkowników Fitbita do wyświetlania reklam. Zupełnie tak, jakby firma z Mountain View miała długą tradycję robienia dokładnie odwrotnie. Być może w takie zapewnienia uwierzyli klienci, ale nie uwierzyła Unia Europejska, która jasno stwierdziła, że włączając Fitbita do swoich struktur należy założyć, że Google wykorzysta także zgromadzone przez lata działania Fitbita dane i będzie wykorzystywać je do swoich celów. To może z kolei przyczynić się do stworzenia pozycji monopolistycznej na rynku reklamy, na co Unia nie ma ochoty się zgodzić.

W taki sposób docieramy do chwili obecnej. Google zarzeka się, że nie weźmie danych użytkowników Fitbita, byle tylko Unia pozwoliła na transakcje

Google musi bardzo zależeć na kupnie Fitbit i podrasowaniu swojego WearOS, jeżeli jest w stanie obiecać wszystko, byle tylko doszło do transakcji. Z ostatnich informacji wynika, że Google oficjalnie ogłosiło, że nie wykorzysta danych obecnych klientów Fitbita do tworzenia im spersonalizowanych reklam. Zapewniał o tym Rick Osterloh, szef działu hardware w Google.

Chciałbym być dobrze zrozumiany – prywatność i bezpieczeństwo są najważniejsze. Korzystając z naszych produktów, powierzasz Google swoje dane. Rozumiemy, że jest to duża odpowiedzialność i ciężko pracujemy, aby chronić Twoje informacje, dać Ci kontrolę i zapewnić przejrzystość Twoich danych

Google oficjalne dokumenty ma złożyć do 13 lipca, aby po tygodniu otrzymać od instytucji odpowiedź – zapewne zezwalającą na transakcję. Jeżeli na wieść o tym, że Google zrzeka się monetyzacji baz danych Fitbita pokręciliście głową z niedowierzaniem – nie jesteście w tym osamotnieni.

google

Po mojemu diabeł tkwi w szczegółach

Oczywiście, finalny kształt umowy poznamy dopiero za kilka dni, ale jestem w stanie się założyć, że będzie ona skonstruowana w taki sposób, by w kreatywny sposób obejść unijne obostrzenia. Dlaczego tak sądzę? Otóż musicie wiedzieć, że w zależności od tego, kto liczy, udziały Fitbita w rynku to obecnie jakieś… 3 proc. I maleją. Czy zwijający się biznes warty jest takiej kwoty? Tak, jeżeli jego przejęcie pozwoli pomnożyć zyski dzięki efektowi synergii. A jaki jest główne źródło dochodu Google, które pozwoliłoby zbalansować taki wydatek? Raczej nie sprzedaż smart-zegarków.

Są to reklamy. To z nich co kwartał Google wyciąga 40 miliardów dolarów przychodu. Wystarczy więc wzrost o 5 proc, by w ciągu 3 miesięcy zakup firmy się „spłacił”. Jeżeli Google nie wykorzysta zebranych danych w bazie firmy, będzie ona miała dla niej znacznie mniejszą wartość i raczej Google nie zaproponowałoby wtedy takiej kwotę zakupu. Sytuacja jest tu troche podobna do przejęcia WhatsApp’a przez Facebook – gigant zapłacił za niego 19 mld dolarów. Było to więcej, niż ktokolwiek inny chciałby zapłacić, ale Facebook wiedział, że dzięki integracji dwóch serwisów jest w stanie zarobić znacznie więcej. Jak będzie z Fitbitem, zobaczymy. Jestem jednak zdania, że Google znajdzie sposób, by dobrać się do tak pożądanych przez siebie danych.

Źródło: 9t05Google