24

Gadżety jak cepy – a może lepsze są wyrafinowane scyzoryki?

gadżety
Wincyj rdzeniów, wincyj aparatów, wincyj megapikseli. Większy ekran, cieńsza obudowa, większy akumulator. Dla niektórych cech smartfonów, komputerów osobistych, czy gadżetów w ogóle można znaleźć prostą korelację: więcej / mniej = lepiej. A co jeżeli nadmiar jest szkodliwy, albo umotywowany najzwyklejszą próżnością klienta?

Posłużę się przykładem z życia, kiedy to wykładowca mojej grupy chciał nam kiedyś przedstawić najmędrszą mądrość odnośnie konstruowania kwestionariuszy ankiet. Ten ma być maksymalnie prosty, czytelny dla respondenta głównie dlatego, że jeżeli ten go zmęczy / znudzi, otrzymamy sporo „pustych” danych. Z pustymi danymi jest taki kłopot, że jak nam czegoś brakuje, to nie do końca wiemy, czy mamy do czynienia z istotnym zjawiskiem, czy też „szumem”, który zaburza nam ogląd opisywanej sprawy. Jak próbował nam to wytłumaczyć wykładowca?

Kwestionariusz ma być prosty jak… wiecie co. Jesteście w tym wieku, że wiecie.

Bynajmniej nie chodziło tutaj o budowę cepa, który składa się z cepa właściwego, przedcepia, przedcepia przedcepia, pocepia i pocepia pocepia. Dalej próbował nam wytłumaczyć, że wszelkie wynalazki miały właściwie jedno, najważniejsze zastosowanie i ich motywem było uproszczenie życia korzystających z nich osób. Samochód? Ma nas szybko przemieszczać z punktu A do punktu B. Telefon komórkowy / smartfon? Ma dzwonić i wysyłać SMS-y – teraz też łączyć się z internetem i oferować dostęp do różnorakich usług. Scyzoryk? Otwieracz do wina? Skalpel? Można by wymieniać w nieskończoność.

O scyzoryk nie zapytałem, ale znając tego człowieka albo by mnie wyprosił, albo zapamiętałby sobie moją niesubordynację wobec jego chęci przekazania nam pewnej idei. Zgadzam się – w kwestionariuszu ankiety nie warto jest dążyć do kompletnego rozbudowania – respondent prędzej zacznie nam kłamać jak z nut „na odwal się”, niż dostarczać nam ciekawych danych. A jak jest z technologiami? Co jest motorem napędowym tabunu funkcji w nich się znajdujących? A może to po prostu zjawisko złe, które nie powinno mieć miejsca?

Lodówka z Twitterem. Hehe

Jestem prostym facetem. Uwielbiam proste, niekoniecznie skomplikowane rozwiązania problemów. Między innymi dlatego śmigam bezawaryjnym, palącym na chochelki, starym, brzydkim, ale sprawnym Golfem Variantem. Odstrasza mnie zbytnie zagmatwanie wszelkich kwestii – do tego stopnia, że posądzano mnie o „genialne lenistwo”. Jeżeli producent sprzętu ma dobry pomysł na sparowanie ze sobą dwóch lub więcej funkcji i dobrze to umotywuje – nic mnie do tego. Będę się cieszył jak Dżesika pięcioma banknotami tym, że pralka powiadomi mnie o końcu prania – na telewizorze. Ileż to razy zdarzyło mi się zapomnieć o zakończonym już praniu?

Lodówka z Twitterem. Na to parsknąłem gromkim śmiechem, bo nijak nie mogłem sobie uzmysłowić tego, po co mi w ogóle funkcje społecznościowe w tak jednoznacznym w wykorzystaniu sprzęcie jak lodówka. „Właśnie wyjąłem jogurt z lodówki!” – tym mam się chwalić? A może w trakcie rozmyślania nad sensem życia w akompaniamencie światełka w otchłani urządzenia miałbym spoglądać na to, co dzieje się w newsfeedzie? Nie wiem, nie chcę się zastanawiać. Ale skoro nie jestem w stanie znaleźć odpowiedniego zastosowania, to coś jest nie tak. Z drugiej strony cieszyłbym się, gdyby moja biedna lodówka dawała mi możliwość zamówienia brakujących artykułów wprost z zaimplementowanego w niej ekranu. Ot, skończył mi się jogurcik, wybieram swój ulubiony, po kilku godzinach wpada do mnie zziajany kierowca i zostawia sprawunki. Kasa poleciała automatycznie z konta – jest fajnie. Nawet nie musiałem marnować kalorii na wyjście do sklepu .

Ja to mam?

„Ej, stary, weź mi poleć dobry krokomierz – najlepiej tani jak barszcz i do tego dokładny”. Dobry, tani, dokładny – cholera, ale nie mam pomysłu. Pewnie znalazłby się jakiś doskonały chiński sprzęt spełniający potrzebę mojego dobrego kumpla, ale gdy dowiedziałem się o tym, że zastanawia się nad takim gadżetem w akompaniamencie iPhone’a 8, zwątpiłem. Czujnik dedykowany tętnu, ciekawa aplikacja fitnessowa go nie interesowały. Lekarz kazał mu robić 10 000 kroków dziennie, co by wzmocnić ścięgna. Nie biegać, chodzić.

Uświadomiłem go, że jego telefon krokomierz już ma. Pokazałem mu nawet gdzie się znajduje i jak go skonfigurować. Co mi powiedział? Że nie spodziewał się, że jego telefon już to ma. Człowiek nie wydał ani złotówki więcej na opaskę, która pewnie by go wkurzała, a osiągnął to, co chciał. Zapytałem go, z czego jeszcze korzysta na swoim telefonie. Ot, standard. Coś tam pykał w Pokemon GO, PUBG-a Mobile, bawi się Snapchatem, szukał miłości na Tinderze (wyjdź chłopie na miasto!), a tak to Facebook, Messenger i bankowość elektroniczna. O tym, że jego bank współpracuje z Apple Pay dowiedział się ode mnie. Widzieliśmy się 20 minut, a facet cieszył się z nowych funkcji telefonu jak Peja wyjściem z biedy.

Począłem się zastanawiać: co poszło nie tak, że ten człowiek żył w tak głębokim technologicznym brodziku? Czy jego nie interesowało to, co znajduje się w jego telefonie? A może tego jest zwyczajnie za dużo? Brajanku (imię celowo zmienione), jak bardzo chciałbym Cię teraz o to zapytać i postawić Ci piwo za dostarczenie mi fajnego materiału do artykułu… uch. Ale zakładam, że on sam by o tym nie wiedział. Może mu umknęło. A może to go falafel interesuje.

Konsument próżny, chciwy, a może głupi?

Choć zajmuję się technologiami wszelakimi – podobnie jak i Wy, mocno zainteresowani tą działką, uwielbiam wystawiać czubek nosa poza własną bańkę informacyjną. Tak dla przypomnienia sobie, że poza mną – technologicznym freekiem są jeszcze ludzie, którzy interesują się na przykład sportowym rybołówstwem, albo zbieraniem znaczków. Każdy ma jakiegoś konika, prawda?

Zastanawiam się więc, gdzie leży problem po pierwsze: pompowania gadżetów funkcjami od generatora bitej śmietany, aż po OS wyspecjalizowany w połykaniu kul ognistych. Weźmy na tapet taki najgłupszy, tani smartfon. On taki głupi wcale nie jest. Jak się uprzesz, to będziesz mógł za jego pomocą kontrolować żarówki w domu, albo uruchamiać treści na swoim telewizorze. Centrum dowodzenia w Twojej kieszeni – dzieci co prawda nie popilnuje i psa na jedyneczkę czy dwójeczkę nie wyprowadzi, ale i tak sporo potrafi. Już nawet mid-endy dorabiają się drugiego aparatu fotograficznego, notcha, bothie i tak dalej. Co będzie następne?

Przypomina mi to wyścigi na cyferki sprzed lat, kiedy to facet w elektromarkecie wciskał mojemu ojcu, że jak się ma procesor 4 – rdzeniowy, to taktowanie zegara na każdy rdzeń się sumuje. Więc ten ma prawie 10 GHz (olaboga!). Kumple będą mnie bardziej lubić, gry będą zasuwać tak szybko, że ledwo je uruchomię, a od razu zobaczę napisy końcowe, a wypracowanie w Wordzie napisze się samo. Taki pecet na metafecie. To samo było, jak producenci smartfonów bili się po głowach megapikselami – generalnie czym było ich więcej, tym lepiej dla użytkownika. A niech się domyśla dlaczego – pewnie i tak nie sprawdzi. Marketingowy haczyk jest? Jest. Rybki są? Są. Będzie branie? Jak nie będzie brania, to nie będzie premii.

gadżety

Ci sami wytwórcy smartfonów pompowali więc co się dało. Ekrany? Byle jak największy. Grubość? Tutaj w drugą stronę, żeby sprzęt się fajnie wyginał i miało się co stłuc. Rozdzielczość? Dokopmy konkurentowi, dodajmy do tego jeszcze lepszy aparat i pchnijmy za stówkę mniej. Klienci lubią mieć coś topowego, co jest wyraźnie lepsze od konkurencji. Tyle, że parametry jednoznaczne dla mas na ich poziomie pojmowania świata są guzik warte, co wielokrotnie udało się udowodnić już wielu ekspertom.

Wszystko naraz

Jaki jest konsument? Według producentów sprzętu jest jednocześnie: głupi, chciwy i próżny. Gdyby próżny nie był, to wyznawcy Jabłka nie kupowaliby różowych iPhone’ów (Rose Gold) m. in. po to, aby widać było, że „stać ich na iPhone’a”. Gdyby nie był głupi, to nie łapałby się na marketingowy bełkot tyczący się taktowania, megapikseli, rozdzielczości ekranów i tak dalej. Nie przywiązywałby się do marek, które jedyne co oferują to głośna, dobrze rozpropagowana marka. A gdyby chciwy nie był, to nie chciałby mieć wszystkiego tego czego nie wykorzysta za możliwie najniższą cenę. Nie kupowałby telefonów w morderczych ratach, nie zakładałby sobie kart kredytowych (bo będzie taniej) i nie łapałby się na odfoliowane iPhone’y.

Konsument nie kieruje się racjonalnością w swoich wyborach i dlatego właśnie tak pięknie rośnie nam kapitalizm. Jak był jeden paprykarz w sklepie, to wsjo ryba nam było jak został zrobiony (i z czego). Paprykarz lubię, bo mój kochany Tatuś pasł mnie nim „do zwrotu” przez długie lata bezstresowego życia. Teraz jak rozglądamy się za tym przysmakiem, to najczęściej nie kupujemy nic: jest taki wybór, że strach się rozczarować. Paprykarz na ostro, z łososiem – brakuje jeszcze takiego z płatkami złota i z naklejką superbohatera. Serio.

Bo gdyby konsument był racjonalny, to doskonale by godził cenę (na przykład smartfona) z jego funkcjami. Zastanawiałby się, czy to wszystko jest mu potrzebne i po długim czasie dochodziłby do wniosku, że wystarcza mu middle-end za max 1500 złotych, który działa, nie wiesza się, dzwoni, oferuje dostęp do komunikatorów i jeszcze zdjęcie zrobi. A tymczasem łapie się na proste triki – nierzadko kupując rzeczy, na które go nie stać – po to, aby zaimponować ludziom, których nie lubi.

W czasach nieograniczonego wręcz konsumpcjonizmu ludzi definiuje nie to, że po prostu są, ale fakt, że posiadają. Już nie sama chęć nas charakteryzuje – moc sprawcza w formie umiejętności opłacenia produktu, wzięcia nań kredytu daje nam poczucie, że jesteśmy kowalami swojego losu, że „nam się to należy”. Uwielbiamy kupować – ja też lubię. I pewnie też racjonalny w zakupach nie jestem. (a wszystkich poucza, hipokryta)

To woda na młyn dla producentów, również parających się technologiami. Wzbudź potrzebę, zgarnij za jej pomocą kokosy dając ludziom to, czego „potrzebują” po Twojej ingerencji. Jak to zrobisz – Twoja brocha. Ludzie i tak to kupią, nawet jeżeli mieliby z tego korzystać połowicznie lub nawet gdyby się okazało, że to nie jest rzecz dla nich.