26

Fundamentalne(?) nowości dla Chromebooka

Swoją opinię na temat całego konceptu Chrome OS i Chromebooków przedstawiłem Wam kilka dni temu. Dla przypomnienia powtórzę, że właśnie tak upatruję rozwój mobilnych komputerów i systemów operacyjnych i cieszę sie, że Google w pocie czoła pracuje nad uzupełnieniem braków. Dwie ostatnie nowości są dosyć istotne i budujący jest fakt, że Google dynamicznie rozwija swój […]

Swoją opinię na temat całego konceptu Chrome OS i Chromebooków przedstawiłem Wam kilka dni temu. Dla przypomnienia powtórzę, że właśnie tak upatruję rozwój mobilnych komputerów i systemów operacyjnych i cieszę sie, że Google w pocie czoła pracuje nad uzupełnieniem braków. Dwie ostatnie nowości są dosyć istotne i budujący jest fakt, że Google dynamicznie rozwija swój system.

Pomimo faktu, że Chromebook to komputer mający przede wszystkim pracować podczas połączenia z siecią, to przecież mogą zdarzyć się sytuacje, kiedy będzie on pozbawiony dostępu do Internetu. Co wtedy? Na całe szczęście Google oprzytomniało i właśnie trwa proces wprowadzania obsługi dokumentów w trybie offline w najnowszej aktualizacji systemu. Co ważne, to nie wszystko. Poszerzone zostały również możliwości menadżera plików, gdzie pojawiła się zakładka pozwalająca na przejrzenie zawartości naszego Google Drive. Chromebook wyposażony jest w pamięć flash o pojemnośći 16 gigabajtów, nic nie stoi więc na przeszkodzie, by tą pamięć wykorzystać. Możliwe jest pobranie dowolnego pliku i wysłanie go na nasz dysk Google. Plik momentalnie dostępny jest na pozostałych urządzeniach. Co ważne wszystko działa również na zasadzie metody „drag and drop”.

Same ustawienia również zostały rozszerzone i od tej pory mamy do dyspozycji możliwość wybrania plików, które dostępne będą w trybie offline (dotyczy tylko plików Google Docs), a także możemy wyłączyć synchronizację naszego dysku w chmurze podczas połączenia za pomocą sieci komórkowej. Czego nam nadal brakuje? Szczerze mówiąc, gdy spojrzymy na oryginalny koncept Chrome OS to i tak powoli tworzy się nadmiar wachlarzu funkcji. Dodano przecież widok a’la pulpit, tak zwany launchpad – z ikonkami zainstalowanych aplikacji czy możliwość pracy w kilku oknach. Nie twierdzę, że jest to zbędne, ale ostatnie nowości w tym systemie odbieram jako wymuszone przez opinie dziennikarzy, którzy w swoich tekstach wylewali gorzkie żale na temat braków w Chrome OS.

Google życzę jak najlepiej i mam ogromne nadzieje, że osoby odpowiedzialne za ten projekt będą w stanie dojść do wniosku, że krok jaki wykonano z Nexus 7 należy powtórzyć w przypadku Chromebooków. Obniżenie ceny i pokazanie, że nie tylko osoby zaangażowane zawodowo mogą wykorzystywać ten sprzęt w codziennych czynnościach może okazać się strzałem w dziesiątkę. Oby stało się to jak najszybciej. I jeszcze jedno. Drogie Google, nie zapominaj o maksymie przyświecającej Chrome OS – „Nothing but the web”.

Źródło, grafika.