36

Krótko po remoncie: specjalistów nie szukałem w Sieci – nadal działa „polecenie”

Po dobrych kilku kwartałach remontu mieszkania nadchodzi moment, w którym wraz z partnerką będziemy mogli wprowadzić się do nowego lokum. Jest zmęczenie, jest zadowolenie, są też wnioski i obserwacje. Kiedyś pisałem o zakupach budowlanych, robieniu ich w Sieci i w realu, tym razem słów kilka o fachowcach. Na szczęście nie trafiłem na "speców", stereotypowych majstrów pokazywanych w Usterce - z każdego rzemieślnika byliśmy zadowoleni. Ale na żadnego nie trafiliśmy w Internecie. Nadal rządzi instytucja "polecania", a nasi specjaliści nie reklamują się w internetach.

Często słyszymy, że jeśli nie ma nas na Facebooku, to nie istniejemy. Niejednokrotnie słyszałem też, że dzisiaj każda firma powinna, ba, musi być w Internecie. Bo to świetny sposób na dotarcie do klienta. W efekcie można dojść do wniosku, że jeśli dzisiaj chce się być widocznym, to trzeba mieć stronę, konta w social media, obowiązkowo na FB. W przeciwnym razie możesz zapomnieć o dobrych wynikach, nikt do ciebie nie trafi. Ile w tym prawdy? Cóż, wszystko zależy pewnie od branży i skali, w niektórych przypadkach ta teza się sprawdza. Nadal istnieje jednak sfera, dość duża, dla której Internet nie jest i długo nie będzie sposobem na łowienie klientów. To wciąż miejsce do śledzenia poczynań znajomych, sprawdzania poczty i oglądania śmiesznych filmów, a nie przestrzeń do robienia biznesów.

Skorzystaliśmy z ekipy budowlanej z polecenia. Szef budowlańców załatwił hydraulika i elektryka, z tego kręgu wyłonili się także szklarz, stolarz i kafelkarz. Instalacja gazowa? Fachowca spotkałem, gdy kończył. Wiem, że zdecydowana większość tych ludzi nie promuje swoich firm w Sieci. Dwóch na pytanie o takową spojrzało na mnie kątem oka i spytało po co mieliby ją zakładać. Klientów nie brakuje, problem jest raczej z czasem. Co zostało potwierdzone – numery do nich przekazałem rodzinie, ale ta usłyszała, że na razie jest kolejka i trzeba czekać. Tak działa instytucja polecenia.

W przypadku wielu firm, zwłaszcza rzemieślników, strona internetowa, że o profilu na Facebooku nie wspomnę, to zbędny luksus. Zwyczajny bajer. Panowie mówili wprost, że Internet owszem, lecz do rozrywki po pracy, a nie do reklamowania się. Bo reklama nie jest im szczególnie potrzebna, nie zakładają, że to miałoby się zmienić. Zrobić stronę tylko po to, by większej liczbie klientów mówić, że trzeba czekać? Nie ma sensu. Czy jestem zdziwiony? Po namyśle: nieszczególnie. Potwierdza się raczej, że powtarzane przez niektórych ewangelistów Internetu stwierdzenie, że tam po prostu trzeba być, także zawodowo, jest mocno naciągane. Szewc, mechanik samochodowy, krawcowa i fryzjer nadal mogą liczyć na klientów bez szukania ich w Sieci.

Nie twierdzę, że promowanie się w tym medium nie ma sensu – sam czasem trafiałem do specjalistów ze wspomnianych zawodów z pomocą Sieci. Tyle, że nie miałem wówczas pojęcia, jakiego gatunku jest ów spec, decydowałem się na to rozwiązanie, bo nie miałem innego wyboru. Jasne, można szperać po różnych forach, specjalistycznych stronach, serwisach, w których ocenia się firmy i poszczególnych fachowców. Ale mam do tych stron takie zaufanie, jak do polityków przed wyborami. Można zatem znaleźć numer do majstra od pralki, lecz dzwoni się w ciemno – kiedyś trafiłem na postać, o której ktoś powinien nakręcić film. Pralka działała, ale ja byłem w szoku przez kilka dni. Tak się kończą strzały w ciemno.

Internet może pomóc przedstawicielom tych grup zawodowych, ale oni świetnie poradzą sobie bez niego. Zwłaszcza, gdy są dobrzy w tym, co robią. Sieć to ostateczność i dla nich i dla klientów. Jeżeli ktoś jest solidnym krawcem, stolarzem albo kafelkarzem, to strona internetowa jest mu tak potrzebna, jak kontrola Urzędu Skarbowego. I może ktoś stwierdzi, że to oczywista oczywistość, ale do takich wniosków dochodzi człowiek, który od lat pracuje w Sieci, którego spory odsetek znajomych funkcjonuje zawodowo w cyfrowej rzeczywistości. Czasem przyda się po prostu pokazanie palcem, że istnieje inny świat. Ten prawdziwy.