70

Film kosztuje nieraz majątek, a jestem czasem gorzej traktowany niż pirat

Ile najwięcej wydaliście kupując film? To zależy od nośnika, ale dziś nawet za nowość na DVD można zapłacić blisko 50 złotych. Wybierając 4K Ultra HD Blu-Ray wydamy jeszcze więcej, ale zanim rozpoczniemy seans może nas czekać niemiła przeprawa.

Wiele osób przywykło do dobrodziejstw serwisów streamingowych. Dzięki VOD mamy dostęp do tysięcy tytułów, które są w zasięgu naszego kliknięcia. Taki komfort nie wziął się jednak znikąd i chyba każdy jest o tym przekonany: gdyby nie swoboda w dostępie do nielegalnych treści, jakie zapewnił Internet, wielkie firmy mogłyby nadal mieć pewne opory przed budowaniem tak wygodnych usług jak serwisy VOD. Ale w ich katalogach nie zawsze znajdziemy ten film, na który mamy ochotę.

Żadne VOD nie ma wszystkiego

Wtedy z pomocą przychodzą wypożyczalnie i sklepy online, ale tam też bywa różnie. Najlepszym przykładem są klasyki („Omen” z 1976 roku), choć nie tylko, które ciężko dziś dostać sieci, ale i w sklepach. A są też takie produkcje, które lubimy oglądać w kółko (co miesiąc, co rok) i każdorazowy wydatek na wypożyczenie filmu średnio się opłaca. Można się też przeliczyć, jeżeli będziemy spodziewać się, że będzie wiecznie dostępny w danej usłudze VOD – umowy wygasają, niektóre nie są przedłużane i tytuł zniknie z oferty. Nic nowego.

Zakup filmu na DVD czy Blu-Ray to czasem jedyne wyjście

Najpewniejszym wyjściem z tej sytuacji jest zakup danego filmu na płycie. Pominę w tym miejscu kwestie jakości i ceny, bo na te tematy można by rozprawiać godzinami, a skupię się na samym traktowaniu widza przez dystrybutorów (nie tylko polskich). Nie jest to świeża sprawa, ale przypomniałem sobie o niej po raz kolejny w ten weekend, gdy sięgnąłem po kilka pozycji ze swojej skromnej biblioteczki. Niezależnie od tego, czy jest to produkcja starsza, czy nowsza i na jakim nośniku się znajduje, dystrybutorzy lubią uprzykrzać nam (widzom) życie. Za nasze własne pieniądze.

Bo zakup filmu czy serialu na Blu-Ray lub 4K Ultra HD Blu-Ray potrafi być wydatkiem rzędu kilkuset złotych. Wszystko zależy od wydania i zawartości. Może cieszyć ładna okładka, dodatki (te fizyczne) i gwarancja możliwie najlepszej jakości obraz i dźwięku, ale zanim się tym ostatnim nacieszymy może nas czekać niekrótkie przywitanie. Składają się na nie zwiastuny kilku filmów, a także plansze przypominające o konsekwencjach, które czekają nas w sytuacji nielegalnego kopiowania i udostępniania zawartości płyty.

Każda z nich ma czas wyświetlania ustawiony na 5-15 sekund. Plus czas potrzebny na jej wczytanie (2-3 sekundy) oraz inne materiały promocyjne (intro studia, wspomniane zwiastuny i pozostałe mało interesujące klipy). Co smutne, niektóre odtwarzacze nie pozwalają nawet pominąć tych wideo, a zdarza się, że i widzowie nie palą się do podjęcia próby przeskoczenia do głównego menu. A nawet jeśli pomijamy to wszystko (co się da, bo niektóre klipy mają odpowiednią blokadę), to przecież nie jest to nic przyjemnego.

Płacisz, a wcale nie masz lepiej(?)

Nie uważam, że porównywanie dostępu do materiałów pirackich w sieci do sprzedawanych legalnie nośników jest fair, ale granica pomiędzy doświadczeniami obcowania z tymi treściami jest zbyt duża. Płacąc za coś oczekujemy, że zostaniemy odpowiednio potraktowani, a tymczasem jest zgoła odwrotnie – to ja oglądam zagrożenia płynące z piracenia, a osoby korzystające w sieci z różnych serwisów z wideo w ciągu sekundy oglądają żądany film.

I żeby nie było, że czepiam się tylko  wymierającego gatunku (nośniki ficzyne). Jakiś czas temu klipy promocyjne przed niektórymi tytułami zaczął wyświetlać serwis Prime Video od Amazonu. Co prawda nic nie stoi na przeszkodzie, by go pominąć – zaledwie jedno kliknięcie – ale czy po wciśnięciu przycisku „odtwórz” nie powinienem od razu przejść np. do nowego odcinka serialu? Dlaczego muszę podejmować nawet tak minimalne, choć zbędne działanie?