41

FBI walczy z Anonymous, aresztowano 14 członków

Kilka dni temu haktywiści postanowili zrobić sobie własny serwis społecznościowy, a LulzSec wczoraj wrócił z krótkiej emerytury. Cóż, hakerski serwis społecznościowy będzie miał teraz mniej członków, niż przewidywano. Jak bowiem możemy wyczytać na stronie Federalnego Biura Śledczego, wczoraj dokonano zatrzymania 14 rzekomych członków grupy Anonymous. Aresztowań dokonano w wielu miejscach USA – chyba żaden haktywista […]

Kilka dni temu haktywiści postanowili zrobić sobie własny serwis społecznościowy, a LulzSec wczoraj wrócił z krótkiej emerytury. Cóż, hakerski serwis społecznościowy będzie miał teraz mniej członków, niż przewidywano. Jak bowiem możemy wyczytać na stronie Federalnego Biura Śledczego, wczoraj dokonano zatrzymania 14 rzekomych członków grupy Anonymous. Aresztowań dokonano w wielu miejscach USA – chyba żaden haktywista nie może już czuć się bezpiecznie.

Głównym powodem oskarżenia jest uczestnictwo tychże 14 osób w ataku na PayPal w poprzednim roku po tym, jak PayPal zablokował konto Wikileaks. I tak oto wojna w cyberprzestrzeni trwa dalej. Nawet na Wyspach Brytyjskich zatrzymano wczoraj potencjalnego członka grupy LulzSec. A to pewnie przez ostatni atak na The Sun i Ruperta Murdocha. O co tyczy się tak naprawdę walka, hmm? Bo jeśli mi ktoś powie, że o prywatność i wolność, to zaśmieję się w twarz.

Anonymous mówią o prywatności w sieci, LulzSec zaś o otwartośći i o walce ze systemem. Tylko otwartość nie jest tym samym, co dbanie o prywatność. Bo czy dbaniem o prywatność można nazwać udostępnienie 90 tysięcy adresów mailowych należących do amerykańskich wojskowych? Raczej nie – większośc z tych adresów to zapewne prywatne adresy zwykłych szeregowych.

A jak nazwać udostępnianie baz danych Sony? Albo atak na instytucje rządowe? Mam na to słowo – terroryzm. Może nie w stosunku do każdej sławnej akcji, jaka miała miejsce w przeszłości, ale niektóre działania grup haktywistów można pod ten termin podpiąć. A kto tego nie rozumie, ten po prostu ślepy. Jasne, atakujmy wszystkich wokół, udostępniajmy wszelkiej maści dane usprawiedliwiając do walką o prywatność, otwartość i dobro naszych dzieci. Tak, dzieci to dobry argument. Ale potem nie bądźmy zdziwieni, że konkurencja wypuszcza na rynek nasz produkt, że wróg niszczy nasze systemy obronne, że nasi znajomi są mordowani, bo akurat mają takie a nie inne poglądy, a przypadkiem ich maile znalazły się w udostępnionej bazie danych na torrentach.

W poprzednich dniach dokonano ataku na Pentagon – skradziono informacje odnośnie systemów obronnych, a także technologii wykorzystywanej w samolotach, czy satelitach. Czy naprawdę sprawia to, że świat może czuć się bezpieczniej? Chyba tak – każdy czuje się bezpieczniej, jeśli wie, że można Frankowi z osiedla walnąć między nogi, bo ma tam wrażliwe miejsce. Problem pojawia się, gdy okazuje się, iż Franek z osiedla jest stróżem i dba o nasze bezpieczeństwo. Ale o tym już się nie myśli.

Nie mam nic przeciwko haktywistom – ale mam problem z “hakierami”, dzieciakami, które to myślą, że robią dobrze, a tak naprawdę stanowią zagrożenie dla światowego bezpieczeństwa. Czy też choćby dla naszej prywatności. Otwartość musi być, hakerzy też są potrzebni, by rządy sobie nie pozwalały na zbyt dużo. Ale do kociej mięty, nie narażajmy przez nasze działania bezpieczeństwa innych osób. Do Polskich członków Anonymous (bo pewnie się znajdą) – pamiętajcie, że trzeba być świadomym granicy. Bo inaczej haktywiści zniżą się do poziomu tych, z którymi walczą.