19

Powrót do pierwszego Fallout. Gra wciągnęła mnie jak żadna inna

Wojna nigdy się nie zmienia. Pierwszy Fallout zapoczątkował genialną serię, którą to Bethesda w ostatnim czasie poważnie "zbrukała". Fallout 76 jest słaby i wiedzą o tym nawet osoby, które nigdy w tę grę nie grały. Wielu obecnych graczy jednak nie pamięta również pierwszej odsłony, która wprowadziła do świata gier sporo świeżości - również pod kątem opowiadania porywającej historii.

O drugim Falloucie na Antywebie już co nieco powiedziano, a mnie brakowało odniesienia do części pierwszej. Bo to właściwie od niej wszystko się zaczęło: dziś można sobie ją kupić na GOG.com w wersji, która na pewno poprawnie uruchomi się nawet na nowoczesnym komputerze z Windows 10 na pokładzie. Co więcej, nawet w wysokich rozdzielczościach i z kilkoma rozwiązaniami, które ułatwiają poruszanie się po archaicznym nieco interfejsie. Mój pierwszy kontakt z Falloutem w ogóle odbył się krótko po otrzymaniu pierwszego w życiu peceta, na przełomie tysiącleci. I co ciekawe, każdy kolejny okazywał się tak samo emocjonujący jak pierwszy.

O głównym wątku fabularnym we wszystkich Falloutach wiadomo wszystko. Gracz wrzucony zostaje w alternatywną rzeczywistość postapo, w której krzem do obsługi urządzeń elektronicznych nie stał się najpopularniejszym materiałem – wszystko wykorzystuje staromodne lampy. Świat charakteryzuje się ogromnymi wpływami designerskimi stylistyki „retro”. Niektórzy mówią o Fallout, że wyznaczył on nowy kierunek w dziełach kultury zwany „retropunk” (częściej jednak mówi się o tzw. „atompunk”). Do pewnego momentu historia z Fallout oraz „nasza” rzeczywistość mają sporo cech wspólnych. Mniej więcej po II Wojnie Światowej, linie czasowe się rozjeżdżają i świat gry tworzy odrębne wydarzenia historyczne, wpływające następnie na to, gdzie przyjdzie operować protagoniście.

Pierwszy Fallout rozpoczyna się już grubo po „Wielkiej Wojnie” (konflikcie atomowym między USA a Chinami, który trwał około 2 godziny i udało się w jego trakcie zniszczyć niemal całą planetę). Z Krypty 13 wychodzi jeden z jej mieszkańców, którego oddelegowano do znalezienia Hydroprocesora, który miałby zastąpić uszkodzony układ w schronie. W trakcie poszukiwań oraz kolejnej misji, jaką jest powstrzymanie Supermutantów, protagonista zapoznaje się ze zniszczonym, zdegenerowanym społeczne (i genetycznie) światem po Wielkiej Wojnie.

Czytaj również: Nowy Fallout tylko na konsolach Xbox? Microsoft kupuje Bethesda!

Fallout przełamał bariery

W czasach, gdy Fallout zdobywał kolejne bastiony wśród graczy (rok 1997 i dalej), ogromna brutalność w grach rodziła sprzeciw pewnych aktywistów oraz środowisk. Znacznie większy i bardziej zauważany niż dotychczas. Wydaje mi się, że obecnie „pogodzono się” z tym, że w niektórych tytułach gracze radośnie rozpruwają kolejne istnienia i nie robi się już wokół tego ogromnego szumu. Fallout niejednokrotnie był uznawany za „zbyt brutalny” – problemem był i sam zdegenerowany świat pełen mutantów oraz wynaturzeń, a także możliwość podejmowania morderczych decyzji – zabijanie kobiet, seks, narkotyki, przecinanie wrogów na pół i tak dalej. Fallout się nie patyczkował: pokazał nam taki świat, jaki mógłby się pojawić po wojnie atomowej. Zły, zepsuty, nieprzyjazny.

Fallout zaproponował świetny system atrybutów SPECIAL, który ustalał ogólną charakterystykę postaci. Te przekładały się na umiejętności, jakimi dysponował (np. obsługa broni białej, otwieranie zamków, handel, itp.), a dodatkiem były cechy charakterystyczne (które wybiera się na początku w ilości sztuk – dwóch) oraz Perki, które zyskiwaliśmy co określoną liczbę poziomów. Wszystko to wpływało na wydarzenia w grze oraz możliwości protagonisty – ten nigdy nie był dobry we wszystkim. Mógł mieć mnóstwo Punktów Akcji tak bardzo potrzebnych w turowej walce, ale mało wytrzymałości. Albo być osiłkiem – idiotą, który mocno przywali, ale absolutnie nie jest w stanie sprawdzić się wszędzie tam, gdzie liczy się nauka.

A zatem, RPG pełną gębą. Zresztą, już sam tytuł mówi wprost, że mamy do czynienia z grą, w której liczy się odgrywanie ról, na wzór planszowych RPG-ów, które dalej są popularne wśród hardcore’owych graczy. Immersja, jaka idzie za możliwością „zobaczenia” świata przedstawionego oraz mnóstwo zadań pobocznych oraz elementów świata przedstawionego ubogacających historię spowodowały, że Fallout 1 podoba się i do dzisiaj. Ale tylko wśród graczy, którzy mają sporą tolerancję na gry „retro” – mniej odporni mogą odbić się od archaicznego interfejsu i dzisiaj nieatrakcyjnej już grafiki.

Fallout

Czytaj również: Znika ponad 50 filmów z Netfliksa. Wśród nich tytuł, które warto zobaczyć

Fallout 1 miał jednak pewne wady

Powolny, mało intuicyjny i męczący interfejs. Fallout 2 poprawił sporo błędów swojego poprzednika – a ten kulał w takich sytuacjach, gdy na przykład w trakcie poruszania się po mapie natrafialiśmy na „random encounter” i po jego zakończeniu chcieliśmy kontynuować podróż. Musieliśmy ponownie wybrać nasz cel – w końcowych momentach fabuły w trakcie podróży takich „zdarzeń” mogło być nawet kilka. Przenoszenie przedmiotów między schowkami, a ekwipunkiem również nie było zbyt wygodne, podobnie zarządzanie posiadanymi przez nas przedmiotami. Fallout 1 nie urzekał pod tym względem i wiele rzeczy można było ówcześnie zrobić lepiej. Naprawiono to jednak już rok po premierze „jedynki”.

Co by jednak nie mówić – Fallout 1 to początek pięknej serii w historii gier wideo. Ja swojego kolejnego podejścia jeszcze nie ukończyłem, ale… jestem na bardzo dobrej drodze. Życzcie mi szczęścia w trakcie eksploracji Bazy Wojskowej Mariposa!