6

Facebook ogranicza produktywność. Kiedyś robiły to sernik, kawa i plotkowanie

Od jak dawna słyszymy i czytamy, że z gospodarką jest źle? W kontekście gospodarki globalnej można już chyba mówić o dekadzie, wtedy zaczynały się głośne pomruki, że nadciąga coś złego, że kryzys wisi w powietrzu. I to trwa do dzisiaj - tyle, że najgorsze mamy już za sobą. Tak przynajmniej uważa część ekspertów. Jednocześnie pojawiają się pytania o to, kiedy gospodarka wróci na ścieżkę dynamicznych wzrostów. Papierkiem lakmusowym jest tu produktywność, a ta jakoś nie chce rosnąć. Przynajmniej w USA. Różnie można to tłumaczyć - są i tacy, którzy problemów doszukują się w spopularyzowaniu social media.

Produktywność w Stanach nie rośnie w takim tempie, w jakim zwiększała się przed kryzysem, wyniki odstają od tych, do których przyzwyczaili się analitycy. To z kolei wywołuje masę pytań, a najważniejsze brzmi: dlaczego tak się dzieje? Dlaczego produktywność nie rośnie we wcześniej notowanym tempie? Odpowiedzi nie brakuje, część z nich odnosi się do technologii. Chodzi np. o to, że w ostatnich latach nie dokonały się zmiany, które mogłyby poważnie wesprzeć gospodarkę. Obecnie obserwujemy raczej popłuczyny rewolucji technologicznej sprzed kilku dekad, z końca poprzedniego wieku, a nie kolejny skok innowacyjności. Pojawianie się nowych aplikacji, lepszych smartfonów i smartwatchy nie wpływa na wzrost produktywności – tu potrzeba czegoś więcej, a na to jest za wcześnie, trzeba będzie poczekać kilkadziesiąt lat na następny wielki krok.

Ciekawie brzmi przy tym uwaga, że zdobycze z ostatnich lat na dobrą sprawę mogą hamować wzrost produktywności. Wspomina o tym jeden z profesorów Princeton. Jego zdaniem, media społecznościowe źle wpływają na wskaźniki, bo odciągają ludzi od pracy. Pod to można też pewnie podciągnąć smartfony, tablety, rozrywkę mobilną, szybszy Internet, aplikacje. To mogą być narzędzia potrzebne w pracy, ułatwiające ją i przyspieszające, lecz jednocześnie mamy do czynienia z czasoumilaczami, rozwiązaniami, które odciągają od zadań i potrafią pochłonąć długie godziny.

Gdy człowiek się nad tym zastanowi, chociażby na swoim przykładzie, dojdzie do wniosku, że coś w tym jest. Rzeczywiście marnuję czas na głupoty serwowane przez Sieć, pomagają mi w tym nowoczesne urządzenia. Jednocześnie jednak pracę wykonuję zdalnie właśnie za sprawą tych innowacji. Jaki jest bilans?

Warto zadać pytanie, czy przed erą Facebooka i innych social media ludzie nie tracili czasu w pracy na „zajęcia poboczne”. Przecież nie jest tak, że nagle się rozleniwili i rozkojarzyli – do tej pory plotkowali przy kawie i serniku, stali bez celu przez kwadrans przy ksero albo przemieszczali się po budynku firmy w poszukiwaniu szefa, którego teraz mogą „dopaść” chociażby dzięki fb. Intrygujące jest to, czy tamte ucieczki od pracy pozostały i doszły do nich nowe, te związane z Facebookiem, przeglądaniem zdjęć kotów, czy też zostały przez nie zastąpione? Może przeciętny pracownik nadal marnuje tyle samo czasu – po prostu więcej spędza go na YT niż na rozmowie z kolegą siedzącym obok.

Należy też pamiętać, że social media nie są wyłącznie przekleństwem gospodarki. Pomijając fakt, że pomagają w innych dziedzinach biznesu, same utworzyły ciekawy segment, mocno rozwinęły branżę IT. Pracę znalazła tam rzesza ludzi, powstało mnóstwo firm, zarabiają prawdziwe pieniądze. Można mówić o tym, że Facebook hamuje produktywność, ale trudno ukryć fakt, że nakręca on inne wskaźniki. A zarabianą kasę inwestuje w przedsięwzięcia, które finalnie mogą pomóc nawet globalnej gospodarce. Wystarczy wspomnieć o sztucznej inteligencji, rzeczywistości wirtualnej czy rozprzestrzenianiu Internetu.

Zastanawia w tym wszystkim, czy pracownicy nadal marnowaliby tyle samo czasu na Facebooku czy Snapchacie, gdyby zmieniły się reguły zatrudnienia, wprowadzono zmiany, z którymi eksperymentuje Szwecja czy (na niewielką skalę) Amazon? Gdyby skrócić czas pracy, to nadal mielibyśmy do czynienia z całymi godzinami „przebimbanymi” w mediach społecznościowych? Ot, zagadka…