Europa

Energia elektryczna wytwarzana przy produkcji sera. Może jeszcze rowerami do pracy jeżdżą?

MS
Maciej Sikorski
3

Lata temu dowiedziałem się, że Fanta to produkt, który postał w III Rzeszy. Tak, napój kojarzony z USA, symbolizujący wolność i luz tego kraju (prawdziwą lub wyimaginowaną), został stworzony na potrzeby społeczeństwa, głównie armii, które kilka dekad temu zbudowały okrutny totalitaryzm. Chichot losu...

Lata temu dowiedziałem się, że Fanta to produkt, który postał w III Rzeszy. Tak, napój kojarzony z USA, symbolizujący wolność i luz tego kraju (prawdziwą lub wyimaginowaną), został stworzony na potrzeby społeczeństwa, głównie armii, które kilka dekad temu zbudowały okrutny totalitaryzm. Chichot losu. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ temat przypomniał mi się, gdy rozmyślałem o serwatce. Ta z kolei ma związek z wytarzaniem energii elektrycznej. Wytwarzaniem, które może się u nas zderzyć z niechęcią władz jako przejaw gnicia państwa...

Namieszałem, wiem. Ale zaraz wszystko wyjaśnię. Zacznę od Fanty. Na dobrą sprawę nie ma ona znaczenia w tym temacie. Jak już pisałem, przypominałem sobie o Fancie i nazistach, gdy czytałem o serwatce. Bo to właśnie serwatki użyto w latach 40. XX wieku do produkcji Fanty. Wykorzystano... śmieci. Odpady, które nie były drogie, a które można było bez problemu uzyskać. Działo się to w czasach, gdy do Niemiec przestała docierać Coca-Cola, a potrzebny był jakiś produkt poprawiający humor i podnoszący ludzi na duchu - zwłaszcza żołnierzy przebywających na froncie. Wykorzystano serwatkę czy wytłoki z owoców i powstał produkt, który dzisiaj jest znany na całym świecie.

A o serwatce czytałem w ramach pracy. Okazuje się, że znaleziono dla niej ciekawe zastosowanie: jest wykorzystywana do produkcji energii elektrycznej. Serwatka powstaje podczas produkcji sera. Na dobrą sprawę jest to odpad. Może niewiele osób zwracałoby na nią uwagę, gdyby nie fakt, że owego odpadu powstają olbrzymie ilości. Jakoś trzeba to zagospodarowywać. Część wykorzystuje przemysł spożywczy, część staje się pokarmem dla zwierząt (to też przemysł spożywczy, ale proces rozciąga się w czasie), lecz poszukiwane są jeszcze inne zastosowania. Efekty eksperymentów widać np. we Francji.

Media informują o ciekawej instalacji w miejscowości Albertville ulokowanej we francuskich Alpach (ponad dwie dekady temu odbyły się tam Zimowe Igrzyska Olimpijskie). Postanowiono tam produkować energię elektryczną z serwatki. To tak w wielkim uproszczeniu. W regionie wytwarza się sporo sera, więc powstaje dużo serwatki. Ta trafiać będzie do zakładu, który jest po prostu biogazownią. Serwatka traktowana jest odpowiednimi bakteriami, powstaje metan, który następie ulega spalaniu. Podgrzewana jest woda, agregat zaczyna produkować energię elektryczną.

Z opisu wynika, że instalacja uruchomiona jakiś czas temu w Albertville jest w stanie zapewnić energię elektryczną małemu miasteczku/większej wsi - prądu powinno wystarczyć społeczności złożonej z 1500 osób. Co ciekawe, to nie pierwsza biogazowania tego typu (sama idea biogazowni nie jest oczywiście nowa) - w Europie powstały już wcześniej podobne obiekty, niebawem mają się pojawić kolejne i to w rożnych regionach świata. Ciekawa rzecz, z pewnością warto się temu przyjrzeć. Aby jednak móc poważnie rozmawiać o rozwiązaniu, nie można na wstępie przekreślać OZE. W tym przypadku mamy do czynienia z OZE i produkcją sera, który może być przecież kojarzony z wegetarianami. Niebezpieczna sprawa i tylko rowerów tu brakuje...

Tak, odnoszę się do słów ministra, który niedawno niezwykle kreatywnie wypowiedział się na temat budowy świata i realizowania konkretnego programu. Może i chciał żartować, pewnie ironizował (oby) i nie należy robić z tego draki (chociaż można się pośmiać). Jednak niebezpiecznym byłoby dążenie za wszelką cenę, bez refleksji, w kierunku przeciwnym niż ten wspomniany, reprezentujący ponoć gnijący Zachód, któremu trzeba się przeciwstawić. Nie, nie zamierzam nikogo nakłaniać do odstawienia jedzenia mięsa, bo sam jestem jego wielkim fanem. Samochodów też nie należy zakazywać, a pełne stawianie na OZE byłoby obecnie szaleństwem. Jest jednak pewne "ale". Mocne ale.

Zrównoważona i urozmaicona dieta to nie zamach na wartości narodowe, lecz troska o zdrowie, a w konsekwencji o służbę zdrowia i funkcjonowanie państwa. Przesiadanie się na rower też może się przysłużyć zdrowiu - zarówno jednostek, jak i mas. Mniej samochodów na ulicach, to mniejszy smog. Zwłaszcza w kraju, do którego ściągane są stare pojazdy zatruwające powietrze w naprawdę niebezpieczny sposób. Ktoś stwierdzi, że nasz klimat nie służy dwóm kółkom, ale nie twierdzę, że mamy się na nich wszyscy przemieszczać przez cały rok. Przy minus dwudziestu i śniegu to faktycznie słaby pomysł. Jednak mrozy przyszły do nas niedawno, a święta Bożego Narodzenia pod względem aury przypominały raczej wiosnę/jesień. W wielu miejscach świata ludzie jeżdżą na rowerach przy znacznie gorszej pogodzie.

Na koniec to nieszczęsne OZE. Polska energetyka opiera się na węglu i to się nie zmieni przez długie dekady. Czy należy dokonać rewolucji i stawić masowo farmy wiatrowe/słoneczne? Nie, to byłoby za duże wyzwanie, gospodarczo mocno szkodliwe. Ale to nie oznacza, że alternatywne rozwiązania można bagatelizować i z nich drwić. Część pomysłów będzie całkowicie nieopłacalna w naszych warunkach, ale inne mogą się okazać sensowne. Tu potrzebna jest dyskusja, w której wszystkie strony podadzą argumenty i będą je analizować. Nie kpić, ośmieszać przeciwnika, przekonywać, że "moja racja jest najmojsza" i basta. Rozmawiać. Wiem, że w polskich warunkach to trudne, ale inaczej się nie da. Wróć. Da się, lecz to do niczego dobrego nie prowadzi. Może przed takimi rozmowami wszyscy powinni się przejechać rowerem, by się odprężyć? I koniecznie niech zjedzą po marchewce. Albo snickersie - co kto lubi...

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

rowerEnergia elektrycznaOZE