66

Elon Musk, katastrofa PR i 1200 respiratorów

Powiedzieć, że Elon Musk ma problem z gryzieniem się w język, to nic nie powiedzieć. Słynny twit „420”, który doprowadził do wściekłości amerykańską komisję papierów wartościowych, nazwanie nurka z Tajlandii pedofilem zakończone w sądzie, to sztandarowe przykłady nieprzemyślanych wrzut szefa Tesli. W sprowadzaniu PR-owych katastrof jest tak samo dobry, jak w wykorzystywaniu social mediów do sprzedawania swoich produktów. Nic dziwnego, że tym razem trafiło na sprawę koronawirusa..

Zwykła grypa

W sprawie obecnej koronawirusowej epidemii Musk jeszcze nie dawno regularnie dolewał oliwy do ognia, twierdząc że właściwie środki ostrożności są zbędne a cała epidemia nie jest warta, aby się nią w ogóle przejmować. Następnie skandal wywołało jego stwierdzenie, że dzieci są całkowicie odporne na wirusa. Nie chciał też zamknąć fabryk i zmusił go do tego dopiero nakaz władz stanowych. Całość sprawiała bardzo złe wrażenie i była dość szeroko komentowana tak w mediach, jak i w internecie. O ile poprzednie wybryki, dla jego reputacji pozytywnego, choć szalonego innowatora groźne nie były, o tyle ta sprawa, w której wielu ludzi straci swoich bliskich, mogła skończyć się gorzej.

Musk jednak nie byłby sobą, gdyby w odpowiednim momencie nie zdołał zrobić wolty i w spektakularny sposób wywinąć się spod wiszącego nad nim PR-owego topora. Nie wiem, czy przed kolejnymi twittami zasięgnął specjalistycznej wiedzy, czy też zagłębił się w statystyki z Włoch, w każdym razie zmienił front i zaczął czynnie działać, aby wspomóc szpitale sprzętem oraz spróbować rozkręcić produkcję respiratorów. To ostatnie okazało się zbyt trudne do wdrożenia w tak krótkim czasie, ale jednocześnie Musk zaczął rozsyłać maski i ubrania ochronne do zgłaszających się do niego szpitali. 

Transport życia

Dziś jednak przyszedł czas na najbardziej spektakularny ruch, dzięki kontaktom w Chinach, Musk zakupił 1255 respiratorów i sprowadził je drogą lotniczą do Stanów. Sprzęt został przekazany władzom stanu Kalifornia, oficjalnie podziękował mu już gubernator, a społeczność amerykańskiego Twittera znowu go uwielbia. Sam Musk zaczął też w swoim ulubionym serwisie społecznościowym całkiem sensownie i konstruktywnie dyskutować o całej epidemii. Czy jest to efekt przekalkulowania sobie, że utrata wartości PR-owej może być zgubna dla jego biznesów, czy tego, że jest socjopatą o dobrym sercu :). Tego się pewnie nigdy nie dowiemy. Cała historia pokazuje, że nawet jeśli narobi się głupot, to można na końcu wyjść na bohatera. Przynajmniej jeśli się jest Muskiem. 

Niezmiernie ciekawym aspektem tego wydarzenia, jest też to, czy kolejny pożar wywołany i ugaszony przez samego siebie w końcu czegoś szefa Tesli nauczy. Patrząc na zaangażowanie jakie aktualnie przejawia, na pewno zrozumiał skalę swojego błędu. Czy jednak jego charakter pozwoli mu uniknąć kolejnych wpadek? To chyba pytanie retoryczne.

Niemniej, niezależnie czy się go lubi czy nie, efekt jest taki, że jego działania pomogą uratować niejedno życie. Pozostaje mu teraz kibicować, aby próby uruchomienia produkcji kolejnych respiratorów, już w fabryce Tesli, też zakończyły się sukcesem. Ostatecznie oprócz ściągania na siebie problemów, jest też mistrzem w udowadnianiu, że da się robić rzeczy przez większość uważane za niemożliwe. W walce z pandemią, przyda się z pewnością ktoś taki po zdroworozsądkowej stronie.