133

To nie: “tylko komputer” i “tylko telefon”. Apple to cały ekosystem który uzależnia i trudno się z niego wyrwać

Ekosystem Apple to dużo więcej niż kwestia smartfona, tabletu czy zegarka. To spójnie ze sobą działający ekosystem i autorskie rozwiązania, z których naprawdę trudno jest zrezygnować. A skoro nie trzeba, to po co to robić?

Nigdy nie wierzyłem w wyjątkowość sprzętów Apple. Nie uważam by ich produkty były bezkonkurencyjne — przynajmniej z technicznego punktu widzenia. Jakkolwiek śmiesznie to nie zabrzmi — po prostu uważam, że w swojej klasie są jednymi z tańszych. Wiecie, smartfon z wieloletnim wsparciem, komputer który po prostu działa. Ale ostatnio ze zwykłej ciekawości zacząłem rozglądać się za alternatywą dla mojego Macbooka. I im dłużej wczytywałem się w kolejne fajne materiały o Lenovo X1 Carbon ostatniej generacji czy te na temat ostatniej generacji microsoftowych Surface’ów, tym bardziej zapragnąłem spróbować czegoś nowego. Tak dla sportu, nie z konieczności. A później zdałem sobie sprawę, że tak długo jak Apple w którymś momencie z czymś nie przesadzi — nigdy nie ucieknę z ich ekosystemu. Powód ku temu jest niezwykle prosty: wygoda, z której nie chcę rezygnować.

Narzędzia, komunikatory i spółka — sidła Apple, w które wpadłem już lata temu

Apple to nie tylko sprzęt z logo nadgryzionego jabłka — to także całe oprogramowanie które je napędza. I choć Android przez lata stał się znacznie piękniejszy i nie brakuje smartfonów na których system Google działa fantastycznie — wciąż nie jest iOS. To samo zresztą tyczy się Windowsa, na OS X przesiadałem się z Visty. Windows 10 to zupełnie inny system, który ma swoja za uszami, ale korzysta się z niego nieporównywalnie lepiej. Ale mimo fajnych alternatyw dla iOS i macOS, każda wymagałaby ode mnie sporych zmian. Nie chodzi tylko o przyzwyczajenia, naukę interfejsów na nowo i tworzenie workflow pracy na nowo. Chodzi też o narzędzia, których nie ma na sprzęcie konkurencji.

Regularnie korzystam z komunikatorów Apple: FaceTime’a oraz iMessage. Właściwie, poza Telegramem dla znajomych którzy nie korzystają z produktów Apple, to jedyne z jakich korzystam. Na tym jednak jeszcze nie koniec: Apple Pay to rzecz która mnie rozleniwiła zarówno przy płatnościach telefonem, jak i w sieci. Do tego dochodzi Pęk kluczy, w którym mam zapisanych sporo danych. AirDrop jest funkcją z której korzystam non-stop przy przesyłaniu zdjęć między komputerem, a smartfonem i tabletem — i trudno mi sobie wyobrazić wygodniejszą alternatywę, która jest równie szybka i niezawodna. No i przeglądarka Safari, do której przekonywałem się dobrych kilka miesięcy, każdego dnia tęskniąc za Chrome. Ostatecznie jednak się zakumplowaliśmy na tyle, że… nie chciałbym się z nią rozstawać. Po prostu.

No i tak, prawda jest taka, że wszystko opiera się o wygodę. Bo komunikatorów pod dostatkiem — mógłbym przecież sięgnąć po WhatsApp, Messengera, Signal czy uroczo oldskulowe Gadu-Gadu. Co z tego że Google Pay nie wspiera mojego banku (i nie jest to nic niszowego — mowa o Inteligo), przecież zamknięcie konta w jednym, a otarcie w drugim, to raptem kilka kliknięć. W kwestii przechowywania haseł też jest wiele rynkowych alternatyw. Ale ze wszystkich krwiożerczych i złych korporacji, najbardziej jednak… ufam Apple. AirDrop jest akurat czymś bezkonkurencyjnym w swojej prostocie. Co do przeglądarek, wiadomo — tutaj można wybierać i przebierać.

Tylko no właśnie: po co? Po co kombinować, zmieniać, denerwować się i utrudniać życie sobie i innym, skoro w rezerwacie wszystko działa. Raz lepiej, raz gorzej — ale działa. I prawdopodobnie jestem jednym z tysięcy (milionów?) ludzi, którzy dali się złapać w te sidła wygody i usług, których nie ma na urządzeniach konkurencji. A kiedy dodamy do tego aplikacje dla muzyków i filmowców czy kartę kredytową od Apple, nagle taka przesiadka może okazać się po prostu niemożliwą. Bo alternatyw po prostu brak. Sprytnie to rozegrali.