46

Tak miała wyglądać ekonomia współdzielenia? Na aplikacji Ubera zarabiają… pośrednicy

Podczas rozmowy z Samem Altmanem, "grubą rybą" z Doliny Krzemowej, poruszyłem temat sharing economy, spytałem, czy jego zdaniem ekonomia współdzielenia ulega wypaczeniom, staje się tym, z czym miała konkurować. Rozmówca odpowiedział, że nie, że wszystko działa właściwie i właśnie tak ma to wyglądać. W tym temacie jakoś nie mogliśmy znaleźć nici porozumienia i chyba nadal miałbym z tym problem - gdy czytam, jak działa dzisiaj Uber w naszym kraju, przestaję w tym dostrzegać filozofię stojącą za sharing economy.

Ekonomia współdzielenia w założeniu ma łączyć ludzi. Człowieka, który ma pokój do wynajęcia z osobą, która poszukuje noclegu na kilka dni. Kierowcy, który akurat nie ma nic do zrobienia z ludźmi poszukującymi środka transportu. Beneficjentami mają być obie strony, przy czym jedna skorzysta z tańszej usługi, a druga dorobi. I dzieje się to poza „starym rynkiem”, w którym zarabiają hotele, korporacje taksówkarskie, firmy cateringowe czy restauracje. Bo przecież można pójść do człowieka z sąsiedztwa i zjeść u niego obiad: tani i dobry. Fajnie to brzmi, prawda?

Niektórzy pewnie pokręcą głową i stwierdzą, że nie ma w tym nic fajnego, inni powiedzą: może i ciekawie brzmi, ale tak nie wygląda rzeczywistość. Po lekturze artykułu w serwisie wyborcza.biz zatytułowanego W Uberze zarabiają pośrednicy, kierowcy coraz mniej rzeczywiście można dojść do takich wniosków. Przywołam fragmenty tego tekstu:

Michał pisze: „Witam. Poszukuję kierowców do pracy z aplikacją Uber. Jestem rzetelnym pracodawcą. Praca w systemie 12/12 do wyboru zmiana nocna lub dzienna, mile widziani studenci, emeryci, renciści”. Chętnie przyjmie Ukraińców. „Atrakcyjne wynagrodzenie, 10zł/h” – ogłasza się partner flotowy Budweb. Saltexpress też proponuje 10 zł za godzinę (praca minimum 5 dni w tygodniu po 12 godzin). RED Squad kusi „unikatową ścieżką kariery”, wysokości zarobków nie zdradza. Podobnych ogłoszeń są setki.

Partnerzy na siebie biorą paliwo, naprawy i amortyzację. Niektórzy mają kilka aut, inni – kilkadziesiąt. Najczęściej w leasingu, dlatego – żeby biznes się opłacał – muszą być w ruchu cały czas.

Okazuje się, że ten biznes zaczyna być opanowywany przez owych partnerów. Mamy do czynienia z sytuacją, gdy jedna osoba ma firmę, dysponuje flotą samochodów i wsadza do nich kierowców, którzy tymi autami jeżdżą przez kilkanaście godzin w ciągu doby. Z pieniędzy zostawianych przez pasażerów Uber bierze swoją działkę, reszta jest dzielona, czasem pół na pół, czasem to partner zabiera większość kasy. Niektórzy stwierdzą, że ma do tego prawo: zainwestował, ponosi koszty, więc mu się należy. Nie chodzi jednak o to, by te pieniądze uczciwie dzielić – problemem jest fakt wyłamania się z idei sharing economy.

Przy okazji innych tekstów poświęconych Uberowi, pod wpisami czytałem w komentarzach, że ten biznes rzeczywiście jest opanowywany przez ludzi, którzy zatrudniają np. Ukraińców jako kierowców. Myślałem wówczas, że skala problemu jest znikoma, do głowy mi nie przyszło, że ktoś może robić to z flota kilkudziesięciu aut. A tu proszę, ekonomia współdzielenia w polskim wydaniu. Chociaż zakładam, że problem nie dotyczy tylko Polski – nie zdziwiłbym się, gdyby w państwach zachodnich na podobnych warunkach byli zatrudniani Polacy, Rumuni czy Bułgarzy.

Mamy zatem Ubera, który daje aplikację, pobiera kasę i staje się wielką korporacją tworzącą samochody autonomiczne, by pozbyć się kierowców – swojego największego obciążenia. Mamy też pośredników, którzy chcą wykorzystać chwilę, niedomówienia w przepisach i ogólny zamęt w tym temacie i dorobić się. Mamy też kierowców, którzy w ramach sharing economy powinni czerpać największe korzyści ze swojej pracy. Ale nie czerpią. I albo wpakowali się w nieciekawą historię i pracują naprawdę dużo albo dżziekują za takie dorabianie. Bo można jeszcze oberwać fekaliami od rozwścieczonych taksówkarzy, którzy też czują się oszukiwani. A jak odnosi się do problemu Uber? Sprawę skomentowała rzeczniczka firmy, Ilona Grzywińska:

Każdy kierowca, który chce korzystać z aplikacji, musi przejść drobiazgową weryfikację. Są wymogi dotyczące niekaralności, historii mandatów drogowych, wieku (minimum 21 lat), czy nienagannego stanu technicznego auta. Tylko osoby spełniające powyższe warunki mogą korzystać z platformy po dostarczeniu numeru NIP poświadczającego, że odprowadzają należne podatki i składki – niezależnie od tego czy korzystają z platformy bezpośrednio czy za pośrednictwem partnerów.[źródło]

Czy tak ma wyglądać ekonomia współdzielenia, którą promuje się w mediach, o której opowiada się jako o wielkiej zmianie w gospodarce, w całym naszym życiu? Jeśli tak, to wolę już chyba, by rzeczy były nazywane po imieniu, by dominował stary biznes, który stawia sprawę jasno: chodzi o kasę i to kasę spływającą do firmy. Czy przywołany problem dotyczy jedynie Ubera? Nie, to szersze zjawisko, patologie tego typu będą osłabiać całe sharing economy. Pytanie, w jakim kierunku zacznie to ewoluować? O ile w ogóle zacznie.

Aktualizacja:

W poprzedniej wersji wpisu cytat z serwisu wyborcza.biz brzmiał następująco:

– Nie mamy prawa wnikać w treść umów, które partnerzy zawierają z kierowcami. Widocznie kierowcy zgodzili się na takie warunki – odpowiada Grzywińska.

Cytat w tekście źródłowym uległ zmianie, a zatem i my go zmieniamy.