Facebook

Facebook chwalił się udanym lotem swojego drona. Urzędnicy wszczęli jednak śledztwo, bo doszło do wypadku

MS
Maciej Sikorski
3

Nie od dzisiaj wiadomo, że Markowi Zuckerbergowi i jego firmie bardzo zależy na podpięciu do Facebooka kolejnych ludzi. Kolejnych miliardów ludzi. Można przy tym mówić o zbawianiu świata, ale prawda jest taka, że celem jest podkręcanie wyników, zarabianie większych pieniędzy. Sprawa nie będzie jednak tak prosta, jak mogłoby się wcześniej wydawać - amerykańska korporacja natrafia na społeczny i polityczny sprzeciw, zmaga się także z kłopotami technicznymi. Przykładem Aquila.

Dron Facebooka to projekt, o którym media rozpisują się od dobrych kilku kwartałów. Początkowo temat elektryzował podwójnie, bo okazało się, że Facebook i Google zamierzają korzystać z maszyn tego typu i spodziewano się zaciętego wyścigu. Potem wątek przycichł, ale nie oznacza to, że nic się nie dzieje. Pod koniec czerwca maszyna niebieskiego serwisu odbyła pierwszy lot testowy, pisał o tym Tomasz:

Dwa lata zajęło Facebookowi stworzenie takiego bezzałogowego samolotu. Dotąd używano modelu pięciokrotnie mniejszego, ale w końcu udało się stworzyć pełnowymiarową konstrukcję o pełnych możliwościach. Maszyna wystartowała 28 czerwca i przez 96 minut znajdowała się w powietrzu. To trzy razy dłużej niż wynosił minimalny czas przyjęty w założeniach przed lotem. W tym czasie inżynierowie Facebooka sprawdzili działanie wszystkich z systemów z automatycznym pilotem włącznie. Zebrano oczywiście również niezbędne dane, które mają posłużyć Finalna wersja maszyny ma zadebiutować już niebawem i będzie potrzebować zaledwie 5000 W mocy. Energię mają dostarczać promienie słoneczne. Docelowo samolot ma wznosić się na wysokości 18 – 27 kilometrów.[źródło]

Do celu droga daleka, lecz postawiono kolejny ważny krok: wielkie skrzydło poleciało, korporacja mówiła o sukcesie. W jej komunikacie pojawiła się jednak wzmianka o jakichś problemach przed lądowaniem. Napisano o "structural failure". Mało istotne? Z pewnością nie dla Narodowej Rady Bezpieczeństwa Transportu (National Transportation Safety Board), czyli rządowej organizacji zajmującej się badaniem wypadków. Wszczęła ona śledztwo w tej sprawie i zakwalifikowała zdarzenie jako wypadek. Zniszczeń na ziemi, a tym bardziej ofiar nie było, ale najwyraźniej wydarzyło się coś więcej, niż chwilowe turbulencje.

Czy to przekreśla projekt? W żadnym razie. Po to są testy, by dochodziło do wypadków, dzięki którym można wprowadzać odpowiednie poprawki. Jeśli zostanie wykryty defekt, to następnym razem lot może przebiegać znacznie spokojniej. Jednak zdarzenie może też prowadzić do opóźnień w realizacji tego planu, a te są korporacji nie na rękę. Zwłaszcza, że nie tylko dron Facebooka jest tematem rozmów decydentów firmy. Jakiś czas temu świat obiegła informacja, iż eksplodowała rakieta SpaceX - zniszczeniu uległ zarówno Falcon 9, jak i satelita znajdujący się na pokładzie.

Kłopot mają także firmy, które miały korzystać z satelity. W tym gronie znajdziemy np. Facebooka. Niejednokrotnie pisałem, że Mark Zuckerberg i spółka realizują plan dostarczenia Internetu (wedle niektórych, protezy Internetu) sporej części niepodłączonej jeszcze populacji. Mówi się nawet o miliardzie potencjalnych internautów. AMOS-6 był częścią tego planu, miał zapewnić Sieć terenom subsaharyjskim. Nie powinno zatem dziwić, że Zuckerberg wyraził rozczarowanie na wieść o eksplozji Falcon 9 – na ten cel też poszły już pewnie spore środki, w dłuższej perspektywie zaczęto liczyć zyski, a tu taki kłopot. Facebook nie załamuje jednak rąk i informuje, że alternatywą są jego drony – niedawno znowu sporo mówiono o maszynie Aquila, jej model otrzymał nawet papież podczas spotkania z Zuckerbergami.[źródło]

Alternatywą drony, które pewnie będą dopracowywane jeszcze trochę czasu - mogą się okazać większym wyzwaniem, niż wcześniej zakładano. Trzeba przy tym dodać, że Facebooka nie prześladują tylko pech i kłopoty ze sprzętem - informowałem już, że ów darmowy Internet dostarczany przez Zuckerberga został "zbanowany" w Indiach. Stwierdzono tam, że Sieć w takiej wersji (mocno okrojona) narusza pewne zasady. Możliwe, że w przyszłości inne kraje postąpią podobnie. Korporacja przezwycięży kłopoty z dronami, będzie miała satelitę (satelity), a bariera pojawi się na innym polu.

Dron Facebooka to projekt, o którym media rozpisują się od dobrych kilku kwartałów. Początkowo temat elektryzował podwójnie, bo okazało się, że Facebook i Google zamierzają korzystać z maszyn tego typu i spodziewano się zaciętego wyścigu. Potem wątek przycichł, ale nie oznacza to, że nic się nie dzieje. Pod koniec czerwca maszyna niebieskiego serwisu odbyła pierwszy lot testowy, pisał o tym Tomasz:

Dwa lata zajęło Facebookowi stworzenie takiego bezzałogowego samolotu. Dotąd używano modelu pięciokrotnie mniejszego, ale w końcu udało się stworzyć pełnowymiarową konstrukcję o pełnych możliwościach. Maszyna wystartowała 28 czerwca i przez 96 minut znajdowała się w powietrzu. To trzy razy dłużej niż wynosił minimalny czas przyjęty w założeniach przed lotem. W tym czasie inżynierowie Facebooka sprawdzili działanie wszystkich z systemów z automatycznym pilotem włącznie. Zebrano oczywiście również niezbędne dane, które mają posłużyć Finalna wersja maszyny ma zadebiutować już niebawem i będzie potrzebować zaledwie 5000 W mocy. Energię mają dostarczać promienie słoneczne. Docelowo samolot ma wznosić się na wysokości 18 – 27 kilometrów.[źródło]

Do celu droga daleka, lecz postawiono kolejny ważny krok: wielkie skrzydło poleciało, korporacja mówiła o sukcesie. W jej komunikacie pojawiła się jednak wzmianka o jakichś problemach przed lądowaniem. Napisano o "structural failure". Mało istotne? Z pewnością nie dla Narodowej Rady Bezpieczeństwa Transportu (National Transportation Safety Board), czyli rządowej organizacji zajmującej się badaniem wypadków. Wszczęła ona śledztwo w tej sprawie i zakwalifikowała zdarzenie jako wypadek. Zniszczeń na ziemi, a tym bardziej ofiar nie było, ale najwyraźniej wydarzyło się coś więcej, niż chwilowe turbulencje.

Czy to przekreśla projekt? W żadnym razie. Po to są testy, by dochodziło do wypadków, dzięki którym można wprowadzać odpowiednie poprawki. Jeśli zostanie wykryty defekt, to następnym razem lot może przebiegać znacznie spokojniej. Jednak zdarzenie może też prowadzić do opóźnień w realizacji tego planu, a te są korporacji nie na rękę. Zwłaszcza, że nie tylko dron Facebooka jest tematem rozmów decydentów firmy. Jakiś czas temu świat obiegła informacja, iż eksplodowała rakieta SpaceX - zniszczeniu uległ zarówno Falcon 9, jak i satelita znajdujący się na pokładzie.

Kłopot mają także firmy, które miały korzystać z satelity. W tym gronie znajdziemy np. Facebooka. Niejednokrotnie pisałem, że Mark Zuckerberg i spółka realizują plan dostarczenia Internetu (wedle niektórych, protezy Internetu) sporej części niepodłączonej jeszcze populacji. Mówi się nawet o miliardzie potencjalnych internautów. AMOS-6 był częścią tego planu, miał zapewnić Sieć terenom subsaharyjskim. Nie powinno zatem dziwić, że Zuckerberg wyraził rozczarowanie na wieść o eksplozji Falcon 9 – na ten cel też poszły już pewnie spore środki, w dłuższej perspektywie zaczęto liczyć zyski, a tu taki kłopot. Facebook nie załamuje jednak rąk i informuje, że alternatywą są jego drony – niedawno znowu sporo mówiono o maszynie Aquila, jej model otrzymał nawet papież podczas spotkania z Zuckerbergami.[źródło]

Alternatywą drony, które pewnie będą dopracowywane jeszcze trochę czasu - mogą się okazać większym wyzwaniem, niż wcześniej zakładano. Trzeba przy tym dodać, że Facebooka nie prześladują tylko pech i kłopoty ze sprzętem - informowałem już, że ów darmowy Internet dostarczany przez Zuckerberga został "zbanowany" w Indiach. Stwierdzono tam, że Sieć w takiej wersji (mocno okrojona) narusza pewne zasady. Możliwe, że w przyszłości inne kraje postąpią podobnie. Korporacja przezwycięży kłopoty z dronami, będzie miała satelitę (satelity), a bariera pojawi się na innym polu.

Warto wspomnieć, że temat śledztwa w sprawie wypadku i przypomnienie wcześniejszych problemów, wypływa w chwili, gdy Mark Zuckerberg w Peru przekonuje grupę przywódców państw do swojej wizji podłączania do Sieci kolejnych ludzi. Złośliwi mogliby stwierdzić, że najpierw trzeba umieć zrobić coś takiego, a dopiero potem roztaczać wizje. Jednak prędzej czy później szef Facebooka pewnie i tak dopnie swego, kolejne miliardy użytkowników zasilą jego imperium...

Warto wspomnieć, że temat śledztwa w sprawie wypadku i przypomnienie wcześniejszych problemów, wypływa w chwili, gdy Mark Zuckerberg w Peru przekonuje grupę przywódców państw do swojej wizji podłączania do Sieci kolejnych ludzi. Złośliwi mogliby stwierdzić, że najpierw trzeba umieć zrobić coś takiego, a dopiero potem roztaczać wizje. Jednak prędzej czy później szef Facebooka pewnie i tak dopnie swego, kolejne miliardy użytkowników zasilą jego imperium...

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu