46

Dorosłem…

Tekst autorstwa dr jolo z zaprzyjaźnionego z Antyweb serwisu grastroskopia.pl Późny wieczór, a właściwie noc. Cały dom już śpi. Nikt nie woła, nie dzwoni, nie przeszkadza, nie odrywa od rozgrywki. Po domu nie biega też moja 5-letnia pociecha dla której niektóre obrazy z gier (takich jak choćby The Walking Dead) nie byłyby wskazane. Idealna pora dla gracza. Nalewam sobie […]

Tekst autorstwa dr jolo z zaprzyjaźnionego z Antyweb serwisu grastroskopia.pl

Późny wieczór, a właściwie noc. Cały dom już śpi. Nikt nie woła, nie dzwoni, nie przeszkadza, nie odrywa od rozgrywki. Po domu nie biega też moja 5-letnia pociecha dla której niektóre obrazy z gier (takich jak choćby The Walking Dead) nie byłyby wskazane. Idealna pora dla gracza.

Nalewam sobie kufel zimnego, jasnego. Siadam wygodnie w fotelu przed komputerem. I… nic. Kompletnie nic. Zamiast odpalić jedną z kilkunastu gier zainstalowanych na dysku siedzę i gapię się w monitor nie mogąc zdecydować się na żadną z nich. Wśród tytułów radośnie zachęcających mnie swoimi ikonkami pełno prawdziwych hitów, gier gigantów, znajdzie się też kilka MMO. Są też pozycje lżejsze, nie wymagające ode mnie myślenia, kombinowania – można by rzec – pure fun. Do wyboru zręcznościówki (Super Meat Boy), sportowe (NBA 2k), strategie (Shogun 2 – Total War, Civ 5), RPGi (New Vegas), przygodówki (Resonance) i wiele innych. I co? I nic. Od czasu do czasu włączę jeden mecz w NBA 2k, lecz zdecydowanie częściej kończy się na… niczym. Znacie to uczucie?

Bolesna dorosłość gracza

To co mnie męczy od jakiegoś czasu to chęć odkrycia źródła problemu. Próba wyjaśnienia przyczyn tego dziwnego, zupełnie obcego mi dotychczas zjawiska. Czym jest wywołana owa niechęć (?) do grania? Znudzenie? Zmęczenie? A może po prostu gry przestały mnie bawić? Może z nich wyrastam?!

Po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że (co za paradoks!) odpowiedź na wszystkie te pytania jest twierdząca co wcale nie oznacza, że od jutra przestanę grać.

Będąc pracującym człowiekiem po 30-tce, posiadającym rodzinę, dziecko na własne rozrywki, w tym gry, które jednak nie są moją jedyną pasją mam najzwyczajniej w świecie mniej czasu. Mniej, czyli jak wszyscy w podobnej sytuacji życiowej wiedzą – w ciągu tygodnia praktycznie wcale. Rodzina, robota, dziecko, dom, zakupy. Zobowiązania wobec najbliższych, wobec pracodawcy, przyziemne, codzienne obowiązki domowe sprawiają, że po tym powszednim maratonie na tak banalne rzeczy jak granie po prostu nie starcza czasu. A nawet jeśli wieczór okazuje się wolnym to najzwyczajniej w świecie jestem tak zmęczony, że jedyne na co mnie stać to wegetatywnie gapić się w migające obrazy bez angażowania do tego mojego mózgu, a tym bardziej rąk. W ciągu dnia natomiast, nawet jeśli nadarzy się okazja aby zagrać ilość tytułów do wyboru skutecznie ogranicza obecność córki. No bo jak strzelać do mutantów czy odrąbywać łby zombiakom na oczach 5-latki? Pozostają mi więc do wyboru proste gry zręcznościowe i ewentualnie strategie. O ile zręcznościówki mogą jeszcze być (choć akurat krwawy Meat Boy odpada) o tyle strategie w ciągu dnia to kompletna pomyłka. To gry, które wymagają zaangażowania i przede wszystkim dłuższej sesji – tylko wtedy ma to jakikolwiek sens. A o dłuższej sesji i braku czynników rozpraszających przy 5-latku można sobie tylko pomarzyć. Na poważne gry pozostaje więc pora wieczorna. Ale tu wracamy do wątku zmęczenia, który bardzo skutecznie odstrasza mnie od poważnych tytułów po godzinie 22. I znów klops.

To se ne wrati…

Istotne znaczenie ma więc czas. Pora gry, jak i czas rozgrywki. Złapałem się na tym, że zabawę z każdym tytułem zaczynam obecnie od sprawdzenia w necie ile czasu zajmuje przejście kampanii single player. Jeśli czas przekracza 15 godzin zaczynam poważnie zastanawiać się nad odrzuceniem takiego tytułu. Dlaczego? Dlatego, że te 30 czy więcej godzin koniecznych do skończenia tytułu rozciąga się przy moim obecnym sposobie gry do niebotycznych rozmiarów zajmując mi czasem ładnych kilka miesięcy. Co z tego, że całkiem przyjemnie biega mi się po dachach Rzymu w Assassin Creed skoro na przejście całości będę potrzebował aż 30-tu godzin?! Czy to bieganie jest aż tak fajne, żeby poświęcić na nie aż tyle czasu? To samo z New Vegas. To świetna gra. Ale jej świat jest tak wielki i pełen różnych zakamarków, że choć mam na liczniku już grubo ponad 30h gry nie jestem pewnie nawet w połowie! Kiedyś, w liceum czy nawet na studiach bez problemu mogłem poświęcić jednemu tytułowi 100 godzin. Potrzebowałem na to pewnie niecałych dwóch tygodni.

Dziś… to liczba niewyobrażalna, co nie oznacza że nieosiągalna! Ale żeby wbić 100-tkę potrzebowałbym nie tygodni, ale miesięcy! Dla jednej gry?! A na dysku leży ich wiele… Dlatego kiedy mam godzinę czasu – po prostu rezygnuję. Nie gram Nie włączam, żeby się nie drażnić. Nawet wyśmienite The Walking Dead przechodzę… trzeci miesiąc? Nie ze względu na nudę, bo to tytuł z genialną historią, ale ze względu na czas i ograniczenia opisane w akapicie powyżej. Temat znużenia jest jednak aktualny przy wielu współczesnych tytułach… Niestety. Coraz częściej gry są po prostu potwornie nudne! Na początku wszystko jest fajnie, kolorowo, ale po godzinie, czasem kilku nadchodzi kryzys. Z ekranu monitora wylewają się doskonale znane obrazy, schematy, czy zupełnie nijacy bohaterowie.

Mało który tytuł jest w stanie mnie wciągnąć, przytrzymać przy komputerze, skłonić do regularnego grania. Większość pozycji na rynku to wtórne, odgrzewane kotlety, które widzieliśmy już w milionie odsłoń wcześniej. Może pod innym tytułem i w innym ubranku, ale to wciąż to samo! Czy naprawdę kolejna odsłona AssCreeda jest tak inna od poprzednich? Czym się różnią kolejne NFSy, GRIDy i inne? Branża zdecydowanie straciła świeżość, a zachowawcza polityka wydawców sprawia, że tytuły odkrywcze, nowatorskie pojawiają się nader rzadko. Światełkiem w tunelu jest rosnąca popularność tzw. indyków, czyli gier niezależnych wśród których potrafią pojawić się prawdziwe perełki. Jedynym co jest w stanie na dłużej przytrzymać mnie przy grze, nie wywołując jej deinstalacji po 5 godzinach zabawy to dobra historia. Dlatego wciąż gram w TWD, dlatego przeszedłem Mass Effect i Wiedźmina.

Czynnikami odstraszającymi mnie od gier są więc fizyczne zmęczenie, znudzenie czy wtórność dzisiejszych produkcji. Ale czy wyrosłem z gier? W pewnym sensie tak. Dziś zdecydowanie przegrywają z koniecznością odprowadzenia córki do przedszkola, z zakupami, pracą i tysiącem innych spraw pilnych i niecierpiących zwłoki. Z drugiej strony wciąż mnie do gier ciągnie – wciąż jestem ciekaw co się dzieje w branży, jaki jest ten czy inny tytuł. Choć dzieje się to w nieco innym wymiarze czasowym niż kiedyś. Zdecydowanie wolniej. Z większym (i coraz bardziej rosnącym) dystansem. Na luzie. Bez spiny. Bez wyścigu o premierę, bo i tak wiem, że nie będę miał czasu żeby grać już dziś, za godzinę, za chwilę.

Dorosłem…

Obrazek pochodzi z technobuffalo.com

banner_antyweb (2)