42

Ile jesteś w stanie dopłacić za wygodę?

Niestety, dziś przeszliśmy do porządku dziennego nad tym, że jeżeli pragniemy, by coś działało bezproblemowo, to czy chcemy czy nie, musimy kierować się do półki premium. Pytanie, które każdy z nas musi sobie zadać - ile jesteśmy w stanie zapłacić za wygodę?

Każdy z nas chyba przeżył kiedyś taką sytuację, kiedy pomimo usilnych prób i poświęcenia dużej ilości czasu na naprawę jakiegoś komputerowego problemu, ten z uporem wartym lepszej sprawy pozostawał nierozwiązany. Jeżeli miałbym podzielić się przykładem, to mi zdarzyło się to chociażby, kiedy (zapewne po jednej z aktualizacji Windowsa) moduł Wi-Fi w moim laptopie zamienił się w timer i regularnie zrywał połączenie co 5 minut. Granie po sieci? Zapomnijcie. Aby go rozwiązać próbowałem wszystkiego – update BIOS, wszystkie sterowniki ze strony producenta Asusa, sterowniki ze strony producenta karty sieciowej, odinstalowanie antywirusa, sterowniki innych producentów – nic nie pomagało. Proces naprawy był tym bardziej upierdliwy, że w jego trakcie odkryłem, iż nazwa modelu na klapie mojego laptopa ma się nijak do tego, jaki jest to model w rzeczywistości. Ciężko też szuka się rozwiązań w sieci i pobiera z niej sterowniki, kiedy do tej sieci ma się ograniczony dostęp. Po kolejnej godzinie spędzonej na męczeniu się i próbie przywrócenia połączenia internetowego wypowiedziałem słowa:

„Kurde, ile ja bym zapłacił, żeby to dziadostwo działało poprawnie”

Nigdy nie uważałem się za człowieka jakoś przesadnie wygodnickiego. Ba, lubię majsterkować i odczuwam satysfakcję, jeżeli uda mi się samodzielnie rozwiązać napotkany problem. Jakby nie patrzeć – od zera złożyłem swoją własną gitarę i liczba komplikacji jakie miały miejsce po drodze znacznie przekroczyła moje przewidywania, a i tak doprowadziłem ten projekt do końca. Różnica jednak polegała na tym, że w przypadku wiosła na takie problemy byłem przygotowany. Natomiast odpalając komputer np. do pracy czy gry chciałbym, żeby on… no cóż… działał. Spodziewam się, że jeżeli wydałem na coś ciężko zarobione pieniądze, to będzie to sprawować się tak jak powinno.

dopłacanie za wygodę

Niestety, obecnie trend jest taki, że zaakceptowaliśmy fakt, iż niektóre urządzenia po prostu nie działają. Telefony za 500 zł lagują już po wyjęciu z pudełka, wsparcie dla jednego z tysiąca modułów Wi-Fi danego producenta praktycznie nie istnieje, a próba samodzielnej naprawy niekompatybilności niektórych urządzeń (takich jak drukarki, routery czy nawet klawiatury) bardziej przypomina przedzieranie się przez brazylijski busz po omacku. Męczysz się i spędzasz nad tym dużo czasu tylko po to, by zorientować się, że przez cały czas szedłeś nie w tę stronę co trzeba.

Kup Apple, tam wszystko „po prostu działa”. Taaaa…

Mamy 2020 r. a wśród wielu pokutuje mit o tym, że Apple magicznie rozwiązało problem błędów i ich sprzętów one nie dotyczą. Jest to ten sam mit jak ten, że na jabłkowe sprzęty nie ma wirusów. Niestety, rzeczywistość jest taka, że w rezerwacie pojawiają się takie same problemy jak wszędzie indziej (zielone ekrany w iPhonach, że o problemach z klawiaturami nie wspomnę). Jeżeli spojrzymy na statystyki, zobaczymy, że awarii uległ co czwarty iPhone 6, a reszta modeli nie jest wcale daleko w tyle za nim. Marka nie jest tu więc żadnym wyznacznikiem tego, czy dany sprzęt będzie działał poprawnie. Więc co jest?

dopłacanie za wygodę

Cena. Wszystko jest kwestią ceny.

Niestety, ale jeżeli dziś chcemy, by coś działało tak, jak powinno – musimy za to najczęściej zapłacić „ekstra”. W myślach nazywam to najczęściej „podatkiem od wygody”. Doświadczenie po prostu nauczyło mnie, że jeżeli kupicie urządzenie tanie, to wcześniej czy później zapłacicie różnicę w kwocie pomiędzy nim a droższym modelem. Zapłacicie ją w postaci swojego wolnego czasu, nerwów czy kwoty koniecznej do wydania na naprawę. Oczywiście, można także kupować tańsze produkty – mamy kapitalizm i nikt tego nikomu nie zabroni. Mamy jednak (przynajmniej w naszym kraju) dziwną przypadłość, że od najtańszych urządzeń oczekujemy, by działały tak, jak ich topowe odpowiedniki. Widać to dobrze np. w komentarzach na Google Play, gdzie duża część negatywnych recenzji pod grami (szczególnie wymagającymi) pochodzi od posiadaczy słabszych urządzeń, którzy mają pretensje do twórców oprogramowania, że to nie „chodzi” na ich telefonach tak jakby sobie tego życzyli. Duża w tym rola w tym rola marketingu, tak jak w poniższym przypadku. Jak dobre nie byłoby 6i w swojej klasie cenowej, to raczej wiele mocy nim nie uwolnisz, a już na pewno nie tyle, by był to slogan sprzedażowy.

dopłacanie za wygodę

Nie piszę tego, aby pognębić osoby, które kupują tańsze urządzenia. Ba – sam nie lubię przepłacać, a takie akcje jak ta Apple, gdzie firma znikąd dwukrotnie podniosłą ceny pamięci RAM uważam za plucie konsumentom prosto w oczy. Jednak to co napisałem wyżej nie jest opinią a faktem – im więcej za coś zapłacimy, tym jest po prostu większa szansa, że będzie to lepiej działać, bądź po prostu – działać jak należy. I im szybciej ktoś to zrozumie, tym szybciej jego doświadczenia i wygoda użytkowania staną się lepsze. Niby jest to banał, ale przypominam, że żyjemy w kraju w którym kult Xiaomi wystrzelił przez sufit tylko dlatego, że producent zaoferował coś w cenie niższej niż konkurencja.

To, co trzeba zrozumieć, to to, że dzisiejsza elektronika jest więcej niż sumą podzespołów. Tutaj znów powołam się na Apple, któremu trzeba oddać, że uczyniło  czynności, które potrafią być najbardziej problematyczne (parowanie, współpraca dwóch urządzeń ze sobą, kwestie kompatybilności) niezwykle prostymi. Jest to coś na czym potrafi spektakularnie wyłożyć się większość tanich urządzeń. I okej, można nazwać użytkowników którzy kupują sprzęty tylko z górnej półki wygodnickimi, ale uważam, że duża część z nich ma świadomość, że częścią ceny, którą płacą za sprzęt jest wygoda i pewność, że telefon czy komputer będzie działał jak sobie tego zażyczą i będzie to robił przez najbliższe kilka lat a jeżeli coś się uszkodzi, to firma nie będzie wymigiwać się od jego naprawy. Zdarzają się od tego niechlubne wyjątki w jedną, jak i w drugą stronę, ale są one właśnie tym – wyjątkami. Czy w tej perspektywie kupno telefonu który dostanie czkawki kiedy tylko otryma jedyną w swoim życiu (o ile w ogóle) aktualizację do nowego modelu Androida bądź laptopa którego podzespoły nie widziały nowych sterowników od czasu Króla Ćwieczka jest wartą poświęcenia oszczędnością? Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam.

A Ty? Ile jesteś w stanie zapłacić za wygodę?