44

Dokładnie 4 lata temu opublikowałem na Antywebie swój pierwszy tekst

10 sierpnia 2011 roku zadebiutowałem na łamach Antyweb. W sumie nie pamiętam, jaki to był dzień – pewnie nie różniący się jakoś specjalnie od innych. Stał się jednak początkiem niesamowitej przygody, która trwa w najlepsze do dziś. Mój debiut zbiegł się z początkami Antyweba jako serwisu tworzonego przez redakcję. Grzegorz ogłosił wówczas pierwszą rekrutację, szukając technologicznych […]

10 sierpnia 2011 roku zadebiutowałem na łamach Antyweb. W sumie nie pamiętam, jaki to był dzień – pewnie nie różniący się jakoś specjalnie od innych. Stał się jednak początkiem niesamowitej przygody, która trwa w najlepsze do dziś.

Mój debiut zbiegł się z początkami Antyweba jako serwisu tworzonego przez redakcję. Grzegorz ogłosił wówczas pierwszą rekrutację, szukając technologicznych zapaleńców o lekkim piórze. Byłem na drugim roku dziennikarstwa i miałem za sobą jakieś 2 lata pisania w internecie (o technologiach, o RPG, o fantastyce, o czym się tylko dało). Dziś z tamtej ekipy zostałem tylko ja i Grzegorz Ułan. Skład rotował – pojawiały się nowe twarze, a stare znikały. Chyba śmiało mogę się pochwalić, że widziałem, jak na przestrzeni tych lat Antyweb ewoluował.

W kwietniu ubiegłego roku pisałem o tysiącu opublikowanych tutaj tekstów: artykułów, felietonów, recenzji, informacji, relacji, rzadziej wywiadów i reportaży. Uchyliłem wówczas rąbka tajemnicy, jak wygląda moja praca. Od tamtego czasu dużo się zmieniło. Od września 2014 nie pracuję już zdalnie. Nie piszę dwóch pierwszych tekstów z łóżka, żeby między trzecim a czwartym łaskawie wziąć prysznic, a piąty zagryzać kabanosem z lodówki. Zamiast tego codziennie o 8 rano pojawiam się w redakcji i z kubkiem kawy siadam do porannej prasówki. Całość nabrała zupełnie innego wymiaru – choć początkowo byłem bardzo sceptycznie nastawiony do tej formy pracy. Pojawiły się kolegia redakcyjne, burze mózgów, wspólne testowanie sprzętu, turnieje w Mortal Kombat czy wyścigi w Project CARS. Od lutego nieodłącznym elementem każdego dnia jest AntywebTV, nad którym praca przynosi zaskakująco dużo radości. Zresztą to chyba widać na naszym zwiastunie.

Choć praca zdalna ma niewątpliwe zalety, to po pewnym czasie trudno efektywnie oddzielać ją od życia prywatnego. Z tego też powodu, zmiany oceniam pozytywnie. Jednak przenosiny do biura też mają swoje „ciemne” strony. Wystarczy, że znikasz na dwa dni z powodu zagranicznej premiery, a w powrocie twoje biurko jest wystawione na środek pokoju z podłączoną kierownicą, gałką biegów i pedałami. „Koledzy” z redakcji natomiast z perlistym uśmiechem informują cię o wolnym miejscu w kuchni. A wyobraźcie sobie jak mocno trzeba podkręcać muzykę w słuchawkach, żeby skupić się na artykule w momencie, gdy reszta ma przerwę i właśnie tłucze się w Mortal Kombat. Oczywiście żartuję (wcale nie dlatego, że pewnie teraz to czytają).

Dziś licznik wskazuje ponad 2,5 tys. publikacji. To chyba wyraźnie pokazuje, jak przez ten rok zmienił się mój tryb pracy. Wśród tych tekstów na pewno znajdzie się pewnie kilka (-naście, -dziesiąt) takich, których nigdy nie chciałbym opublikować. Chcę jednak wierzyć, że zdecydowana większość okazała się wartościowa, pomocna i warta przeczytania. A co z tym z 10 sierpnia 2011 roku? Jeżeli chcecie się pośmiać, kliknijcie. Pamiętam, że po przeczytaniu komentarzy, chodziłem zdołowany przez tydzień.

Samsung Gear VR test (11)

Zmiany? Nie planuję (no chyba, że Grzegorz zadecyduje inaczej), więc jeżeli dotąd filtrowaliście Antyweb pod kątem mojej „tfurczości”, obawiam się, że jeszcze przez jakiś czas będziecie musieli to robić.

A skoro już tak się uzewnętrzniam, to wielkie dzięki dla całej ekipy Antyweb. To zgrany zespół świetnych ludzi, z którymi fantastycznie się pracuje. Nie byłoby to oczywiście możliwe bez Grzegorza Marczaka oraz prowadzącego redakcję Grzegorza Ułana. Niech zabrzmi to zuchwale (a może naiwnie), ale mam wrażenie, że lepiej trafić nie mogłem!