50

Do tych starych gier jeszcze wracam – i Wy też powinniście

Choć graczem nie jestem już od dłuższego czasu – okazjonalnie rozegram kampanię w Splinter Cell: Blacklist, serii FIFA nie wliczam do swojej aktywności pod kątem gier – akurat to traktuję jako jeden z niewielu „sportów”, jakie uprawiam. Są jednak gry z okresu mojego dzieciństwa, do których wracam niesamowicie często – po to, aby się odstresować, […]

Choć graczem nie jestem już od dłuższego czasu – okazjonalnie rozegram kampanię w Splinter Cell: Blacklist, serii FIFA nie wliczam do swojej aktywności pod kątem gier – akurat to traktuję jako jeden z niewielu „sportów”, jakie uprawiam. Są jednak gry z okresu mojego dzieciństwa, do których wracam niesamowicie często – po to, aby się odstresować, przypomnieć sobie stare, może lepsze czasy. I choć każdą znam na wylot – nie mam problemów z powrotami.

Contra

Kiedy jeszcze chciałem być najpierw policjantem, potem złodziejem, a na końcu strażakiem, zagrywałem się w tytuły dostępne na Pegasusa – swego czasu bardzo popularną konsolę do gier. Po kartridże lataliśmy razem z tatą, a „Świętym Graalem” mojej kolekcji była „ta niebieska” z jedną z najlepszych kompilacji dostępnych dla Pegasusa. Wśród nich była oczywiście Contra razem z systemem „hackowania” gry. Ustawiało się ilość żyć i poziom wyjściowy i niestraszny był mi wtedy, jeszcze bardzo wysoki poziom trudności. To przy tej grze udało mi się złamać pada na czole – z nerwów. Długa historia.

Contra_-_1988_-_Konami

Gra absolutnie stara, ale dzisiaj dalej sprawia mi mnóstwo frajdy, choć przechodzę ją raczej mechanicznie. Granie na emulatorze oraz klawiaturze jednak nie ma tej magii, co prawdziwa konsola. Żałuję, że swoją odsprzedałem 2 lata temu – i co ciekawe, wraz z kolekcją dyskietek pofrunęła do nowego właściciela za dobre kilka stówek. Wtedy wydawało mi się, że „zrobiłem interes życia”, teraz mi odrobinę szkoda.

Trudno mi znaleźć tytuł lepszy od Contry – blisko jest Kick Master (kto nie grał – polecam!), oczywiście Zelda i nieśmiertelny Metroid.

Unreal / Unreal Tournament

Pierwszy fabularny Unreal to dla mnie przede wszystkim genialne wspomnienia, masa wrogów do ubicia i intrygująca historia dotycząca lotu kosmicznego, awarii na obcej, podobnej do Ziemi planecie i ratowania „uduchowionej” rasy obcych. Co tam fabuła – krew, naboje i flaki. Unreal przechodzi się aż miło patrzeć. Przemierzamy różne lokacje – od otwartych przestrzeni na NaPali, po ciemne świątynie aż po „statek-matkę”, gdzie czeka nas ostateczna konfrontacja z bossem.

unreal2

Unreal Tournament to mocno odświeżona wariacja na temat Unreal osadzona w klimacie igrzysk. Rozgrywka nastawiona głównie na multiplayer jest do dziś absolutnie miodna. Rozsmarowywanie kolejnych przeciwników daje ogromną satysfakcję, szczególnie na mapach Deck 16, czy Facing Worlds (CTF). Niemała społeczność skupiona wokół gry i cały czas działające serwery dla tego tytułu to wystarczający dowód na to, że ten tytuł naprawdę się udał i wyznaczył pewne standardy w typowych strzelankach.

Return to Castle Wolfenstein

Dlaczego nie Wolfenstein 3D? Cóż, powiem szczerze, że poprzednik nie jest „tytułem moich czasów”. Bliższa jest mi akurat ta gra z legendarnej serii. Rozpoczyna się zwyczajnie – nic nie wskazuje na to, że na dalszych etapach przyjdzie nam walczyć z hordami nieumarłych, czy maszynami stworzonymi przez zdrowo pokręconych hitlerowców. Przemierzamy zatem zamki, tajne bazy hitlerowców, katakumby, miasteczka. Cud, miód i orzeszki. B. J. Blazkovicz to „rambo absolutny” i sam daje sobie radę nie tylko z nadciągającymi żołnierzami III Rzeszy, ale i z zombiakami, robotami i bliżej nieokreślonymi monstrami.

Return-to-Castle-Wolfenstein_Screenshot-1

Wolfenstein: Enemy Territory jest tym, czym dla Unreal jest Unreal Tournament – w dalszym ciągu bardzo wciągający, darmowy multiplayer osadzony w realiach „alternatywnej II Wojny Światowej”. Jeżeli nie graliście jeszcze w te gry, warto nadrobić zaległości.

Max Payne

3355548-7693435286-max-p

Historia detektywa, który w trakcie śledztwa traci rodzinę, zostaje oskarżony o zabicie swojego partnera, a ponadto przychodzi mu walczyć z organizacją przestępczą wprowadzającą do obrotu niebezpieczny narkotyk. Jednak sama fabuła nie jest najważniejsza – jest to bodaj pierwsza gra, w której tak widowiskowo wprowadzono znany z Matrixa „Bullet time”, gdzie albo bohater wykonywał efektowne uniki i eksterminował wrogów aż miło, albo gracz po rpostu miał więcej czasu na wycelowanie we wrogów i uniknięcie nadlatujących kul. Dodatkowo, wplecenie komiksu w tytuł sprawia, że nieco bardziej utożsamiamy się z przedstawionym w grze bohaterem. Druga część już mnie tak nie porwała – zazwyczaj „oryginały” są lepsze,

Red Alert 2

O tej grze pisał dla Was wczoraj Tomasz – ja natomiast muszę ją tu umieścić raz jeszcze. Bez tego tytułu owe zestawienie byłoby dla mnie niekompletne. Absolutnie genialna w swojej prostocie strategia, choć rzeczywiście, mógłbym przyznać, że niektóre misje nie były tak dobre, jak te z „jedynki”. Do wyboru mamy zasadniczo dwie strony – Sowietów oraz Aliantów. Stawką jest władza nad światem.

wallpaper_red_alert_2_02_16001

Wizja alternatywnej historii Europy po II Wojnie Światowej daje pole do popisu twórcom gier i w wypadku Red Alert 2 (oraz jedynki) zostało to świetnie wykorzystane. Całości dopełniają świetne przerywniki z elementami humorystycznymi i… całkiem niebrzydkimi paniami. Sama rozgrywka wydaje się być prosta jak budowa cepa, choć i w tym, uważanym za bardzo trywialną strategię tytule można zastosować mnóstwo rozwiązań taktycznych – mnogość budowli oraz uzbrojenia pozwala na wykreowanie własnego stylu obrony oraz ataku.

Grafika: 1, 2, 3, 4