183

To smutne. 20-latkowe najgłośniejsi, a na wybory poszło niewielu z nich

Kwestii samego wyboru komentować nie będę - bo oczywiście nie mam odpowiednich kompetencji (oraz ochoty), aby skomentować to jak wybierali (o ile już poszli na wybory) 20-latkowie. Jednak sam "brak wyboru" to także wybór, najczęściej zły. Wygląda na to, że jedna z aktywniejszych grup narzekających na stan rzeczy w Polsce na wybory nie poszła. Dlaczego? To jest dla mnie prawdziwa tajemnica.

Sam wskazywałem Wam ostatnio, że mamy problem z jakością prowadzenia kampanii – poszczególne grupy interesów niekoniecznie dobrze prowadziły swoje działania, które opierały się głównie na dokopani drugiej stronie. Mnie to nie odpowiada – ale innym zapewne tak. Nie powinno to tak wyglądać, ale i liczę się z tym, że niektórzy – co bardziej zacietrzewieni wyborcy takich kampanii właśnie potrzebują. Gdzie gawiedzi oddaje się i chleb i igrzyska.

Bacznie jednak obserwowałem grupę 20-latków (i nieco mniej i nieco więcej), którzy bardzo głośno wyrażali swoje niezadowolenie z obecnego stanu rzeczy. Szło o wszystko – o partyjny duopol, o brak alternatyw, słabe programy oraz mało subtelne taktyki. Takim spostrzeżeniom należy przyklasnąć – ale niekoniecznie godzę się z tym, do czego doszło w trakcie wyborów. Mimo ogromnego niezadowolenia tej grupy społecznej oraz chęci zmiany czegokolwiek – skończyło się głównie na deklaracjach oraz mocnych słowach. Nie przełożyło się to na frekwencję w wyborach.

wybory

OKO.Press prezentuje wyniki frekwencji w poszczególnych grupach. 20-latkowe wypadli bardzo słabo

Najwięcej niegłosujących w wyborach było właśnie w grupie 20-kilkolatków, którzy albo głosowali często na partyjne ekstrema (tego komentować nie będę – to jedynie bardzo ważny wskaźnik dla najmocniejszych obecnie partii), albo nie robili tego w ogóle. Blisko 70 procent uprawnionych do głosowania w tej grupie do urn się nie pofatygowało – to wstyd w obliczu stwierdzeń, że „ktoś musi przyjść po wygasających generacjach i przejąć głosy”. Tak właśnie się nie dzieje – największe zaangażowanie widać w grupie osób, które mają od 35 do 45 lat. To właśnie tam widać najwyższą frekwencję, być może wynikającą z większego zainteresowania polityką.

To również doskonały dowód na to, że aktywność w internecie nie idzie w parze z zaangażowaniem w plebiscyty. A to bardzo źle – mimo, że prawo do głosowania jest często traktowane jako „ezoteryczne prawo”, w ramach którego jedynie spełnia się „mało istotny” obowiązek. Tyle, że o wynikach wyborów przesądzają masy – te w wyborach powinny być jak największe, aby prezentować w nich jak najszersze nastroje tyczące się wyborców. Najmłodsi uprawnieni do głosowania zawalili sprawę i niestety, ale za to laurka im się nie należy.

Młodzi mają dość. Ale nie narzekania

Narzekanie jeszcze z nikogo wójta, burmistrza, prezydenta, posła, radnego nie zrobiło. To również bardzo zła wiadomość dla młodszych, bardzo aktywnych kandydatów, którzy mogli pozycjonować się w roli głosu tej części społeczeństwa, która dopiero zaczyna dorosłe życie. W takich warunkach mało co ma szansę się zmienić – a szkoda, bo chyba wszyscy na to zasługujemy. Mocne demokracje to przede wszystkim takie, w których wyborcy aktywnie biorą w swoje ręce los rządzących. Mimo rosnącej frekwencji ogólnie, udział młodych jest smutny i nieco zaskakujący.

Dane: OKO.Press