1

Daemon x Machina – kiedy początkowe emocje ochładza monotonia. Recenzja

Pewnie każdy ma czasem tak jak ja. Zachwycicie się jakąś grą na etapie zwiastuna. Czasem emocje ochłodzi demo, ale jednak macie nadzieję, że przy finalnej produkcji zaznacie masę frajdy. Miałem tak z Daemon x Machina, a później ciężko mi było do tej produkcji siadać. Szczególnie, że na Switchu grałem w tym czasie również w kapitalne Astral Chain.

Daemon x Machina to na dobrą sprawę zestaw misji. Z fabułą ciężko się zaprzyjaźnić

Zacznę niestety od najsłabszego elementu gry, czyli sposobu poprowadzenia fabuły jak również systemie dostępu do misji. Niby na samym początku mamy jakąś opowieść, są animacje, ciekawy klimat, ale wszystko szybko ulatuje. Ale ok, warto wspomnieć, że kataklizm przebudził dziwne mechaniczne stwory, które przejmują kontrolę nad ziemską AI. Jakby tego było mało, część planety jest niezdatna do życia. Aby poradzić sobie z oprawcą, wynajmowani są specjalni najemnicy, którym zleca się często niemożliwe do wykonania zadania.

Sami przyznacie, że jest potencjał na ciekawą opowieść, fajnych bohaterów, zwroty akcji – coś na kształt interaktywnego anime. Ale nie, ktoś odpowiedzialny za fabułę przesadził z ilością pojawiających się w grze postaci, których w pewnym momencie jest zwyczajnie za dużo. Nie wiedziałem kto jest kim, po co do mnie mówi – w dodatku większość dialogów to po prostu obrazki z tekstami, które po pewnym czasie chciałem zwyczajnie przeklikać. Szczególnie, że masa rozmów to infantylne dialogi, nieciekawe wstawki – no po prostu „nie siadło”. Ostatecznie wiec sposób przedstawienia historii okazał się tak słaby, że zacząłem ją ignorować. Na domiar złego w moim odczuciu cała zabawa opiera się na bazie, będącej hubem oferującym zestaw kolejnych misji. Rozumiem, że po części taki był pewnie zamysł, ale obdarcie gry ze spójnej, dobrze poprowadzonej, emocjonującej opowieści sprawia, że zdecydowanie mniej chętnie wskakuję do pojazdów i sieję zniszczenie. Misje są oczywiście zróżnicowane, nie klepiemy cały czas tego samego, choć praktycznie zawsze zabawa opiera się na konkretnej rozwałce. Czasem będziemy więc niszczyć, czasem bronić, ale zawsze w ogniu walki. Bywało też niestety często tak, że brałem po prostu zadania i totalnie bezmyślnie leciałem kosić kolejnych przeciwników pojawiających się na ekranie. Nie lubię tak podchodzić do gier, nie wytarza się wtedy między mną a produkcją więź, a i dwa tygodnie później kompletnie gry nie pamiętam.

Ale mechanika wypadła świetnie

Boli mnie ten brak sensu walki głównie dlatego, że same starcia są świetne. Tak, jak i mechanika Daemon x Machina. Jak już pewnie wiecie wskakujemy do uzbrojonych po zęby mechów. Możemy w nich poruszać się po powierzchni jak również wysoko skakać, latać, ślizgać się i siać w przeciwników z dwóch broni jednocześnie. Mamy też dużą swobodę w wymianie oręża, choć oczywiście wcześniej trzeba je odblokować, nabyć i zamontować. Jest więc więcej niż pewne, że każdy prędzej czy później znajdzie odpowiedni zestaw dla siebie i dopasuje do niego swój styl gry . Nic też nie stoi na przeszkodzie by z jednej strony walić we wrogów z działka, a w drugiej trzymać miecz i skusić się na walką na bliskim dystansie, kombinacji jest sporo i każda daje frajdę, więc warto poeksperymentować.

Rozgrywka jest bardzo dynamiczna, choć system walki docenicie przede wszystkim przy starciach z bardziej wymagającymi przeciwnikami. Zwyki wrogowie padają bardzo szybko, choć stanowią czasem spore zagrożenie z uwagi na ilość. System walki w Daemon x Machina pokazuje jednak więcej przy większych przeciwnikach lub innych pilotach. Ci drudzy nie lecą ślepo łapiąc pociski – robią uniki, są celni więc również Was zmuszą do takich akrobacji. Jeśli spodobają Wam się walki z bossami, warto spróbować też rozegrać je online z innymi graczami, najlepiej oczywiście ze znajomymi – wtedy frajda z zabawy jest chyba największa.

Warto też wspomnieć, że od pierwszego dema twórcy poczynili naprawdę imponujące postępy jeśli chodzi o kod. Demko które sprawdzałem jakiś czas temu było trochę niedopracowane, konsola potrafiła się przydusić zarówno w trybie handheld jak i zadokowana – pełna wersja działa bardzo dobrze, animacja jest płynna, spadków raczej nie ma. I nie ukrywam, że wpływa to bardzo pozytywnie na zabawę. Brawo. Gra wygląda też naprawdę przyzwoicie i ma bardzo fajną, momentami agresywną (co oczywiście pasuje do tego, co dzieje się na ekranie) ścieżkę dźwiękową. Nie jest to może najładniejsza gra na Nintendo Switch, ale są momenty kiedy trzyma wysoki poziom.

Czy warto?

Najpierw zachwycił mnie pierwszy zwiastun. Później, po testach pierwszego dema Daemon x Machina podchodziłem do tej produkcji z rezerwą. Z jednej strony uwielbiam mechy, wylewającą się z ekranu typową japońszczyznę – z drugiej misje z demonstracji wydawały mi się wtórne i obawiałem się, że nie pociągnę tak w pełnej grze. Niestety miałem rację. Świetnie się strzela, świetnie lata, rozwałka jest naprawdę konkretna i sprawia masę frajdy. Fabuła jest jednak…sam nie wiem jak ją nazwać – nijaka? Mnie kompletnie nie porwała i w którymś momencie przestałem na nią zwracać uwagę. Szczególnie, że jeśli jest taka możliwość gram z japońskimi głosami żeby jeszcze lepiej wkręcić się w klimat. Tu tego raczej nie polecam (no chyba, że znacie język). Podczas misji ciągle ktoś coś mówi, a że na ekranie dzieje się wiele, nie da się czytać napisów.

Starcia z większymi przeciwnikami jak najbardziej na plus, ze zwykłymi minionami już niekoniecznie. Największym minusem Daemon x Machina jest jednak szybko wkradająca się do gry monotonia. Nie ma jakiejś klamry, która spinałaby poszczególne misje i zachęcała do zabawy tych, którym nie wystarczy samo strzelanie. Trzeba też pamiętać, że praktycznie w tym samym czasie pojawiła się na Nintendo Switch inna typowo japońska gra akcji. Astral Chain to oczywiście coś innego, ale jednak deklasuje Daemon x Machina na każdej płaszczyźnie i mając do wyboru te dwie produkcje, zdecydowanie chętniej siadałem do przygód policjantów z przyszłości.