41

Czytniki książek elektronicznych są zbyt ograniczone przez niewielką ilość obsługiwanych formatów

Zacznę od tego, iż uważam czytnik za przełomowe urządzenie. Połączenie możliwości tekstu elektronicznego oraz wszystkich jego zalet, czyli: wyszukiwania, zaznaczania, sprawdzania w słowniku, z komfortem jaki daje nam czytanie z kartki papieru jest czymś w moich oczach niesamowitym. Ekran w nowej technologii zmienia wszystko. Z drugiej strony jestem zawiedziony ilością ograniczeń oraz stosunkiem możliwości do […]

Zacznę od tego, iż uważam czytnik za przełomowe urządzenie. Połączenie możliwości tekstu elektronicznego oraz wszystkich jego zalet, czyli: wyszukiwania, zaznaczania, sprawdzania w słowniku, z komfortem jaki daje nam czytanie z kartki papieru jest czymś w moich oczach niesamowitym. Ekran w nowej technologii zmienia wszystko. Z drugiej strony jestem zawiedziony ilością ograniczeń oraz stosunkiem możliwości do ceny, ale o dziwo, to nie E-ink jest tu ograniczeniem. Nie jest nim również moc obliczeniowa, czyli reszta hardware’u. Ograniczenia wynikają z oprogramowania, a więc są celowo narzucone przez producentów. Niestety.

Jeśli ktoś nie miał jeszcze okazji przyjrzeć się ekranom w technologii E-Ink, powinien wiedzieć, że są określone wady i zalety tego rozwiązania. Zalety są bardzo istotne, wręcz przełomowe: p pierwsze ekran w zasadzie nie pobiera energii w takcie wyświetlania obrazu, jedynie w czasie jego zmiany, nadaje się więc idealnie do tekstu, który jest statyczny i przeczytanie go zajmuje kilka chwil. Druga zaleta dotyczy wrażeń korzystania z takiego ekranu, które są bardzo podobne do czytania z kartki papieru, to znaczy nie męczy oczu swoim świeceniem, wykorzystywane jest jedynie światło odbite, które jest przyjemniejsze i zdrowsze dla oczu. W związku z tym jesteśmy w stanie czytać dłużej bez poczucia dyskomfortu.

Niestety ta technologia ma swoje ograniczenia. Zmiana zawartości ekranu jest powolna, wyklucza jakąkolwiek płynną animację. Dodatkowo obecnie najbardziej rozpowszechnione są czarno-białe ekrany, oferujące kilka lub kilkanaście odcieni szarości. Istnieją prototypowe ekrany kolorowe, mimo wszystko na ich udoskonalenie i upowszechnienie przyjdzie nam jeszcze poczekać, na chwilę obecną nie oferują ani kontrastu ani takiej palety barw jak wyświetlacze LCD.

Wiemy zatem, że decydując się na czytnik rezygnujemy z oglądania filmów, animowanego interfejsu czy, przynajmniej na razie, kolorów, w zamian będziemy mogli całymi tygodniami czytać rozmaite treści bez ładowania baterii, w sposób wysoce komfortowy dla naszych oczu.

Ponieważ zdecydowana większość tekstu jaki czytam, pochodzi z internetu i występuje w formie elektronicznej, naturalnym dla mnie wyborem jest zakup czytnika. Już teraz wiem, że gra jest warta świeczki. Moje oczy będą mniej zmęczone, ja przeczytam więcej ciekawego materiału w znacznie bardziej komfortowych warunkach. Zdecydowany na zakup zacząłem przeglądać dostępne opcje i doszedłem do niezbyt optymistycznych wniosków.

 

Czytniki nie są tanie. Wiele elektronicznych książek również, to wiadomo nie od dzisiaj. To co mnie jednak zaskoczyło, to ograniczenia czytników, których źródła należy szukać zupełnie gdzie indziej, niż w samym ekranie. Przykład? Proszę bardzo.

Na ekranie czytnika można by teoretycznie wyświetlić bardzo wiele różnych rodzajów statycznych dokumentów, nie tylko ebooki, ale również wszelakiego rodzaju dokumenty pakietów biurowych. Pliki tekstowe Worda, arkusze Excela, prezentacje PowerPointa, również dokumenty OpenOffice czy LibreOffice, PDFy, oraz znacznie więcej mniej popularnych formatów. Ciężko wymienić je wszystkie. Skoro tego rodzaju formaty są bez problemu obsługiwane przez dzisiejsze telefony, chociażby po instalacji dodatkowych aplikacji, nie widzę powodu dla którego urządzenie przeznaczone tylko i wyłącznie do prezentacji statycznych treści nie miałoby tego robić.

Czytając rozmaite zestawienia i recenzje dochodzę do wniosku, że naprawdę nieliczne czytniki obsługują coś więcej niż formaty pomyślane specjalnie z myślą właśnie o eReaderach czy książkach elektronicznych i nawet w tym obrębie występują duże różnice jeśli chodzi o dostępne opcje powiększenia tekstu czy jego zawijanie. Nawet nie próbuję zagłębiać się w obsługę rozmaitych zabezpieczeń DRM, bo staram się dóbr elektronicznych zabezpieczonych takowym nie kupować.

Nawet jeżeli czytnik posiada obsługę PDF, czy dokumentów Worda, ich implementacja często jest daleka od ideału. Okazuje się, że możliwości przybliżenia są mocno ograniczone i tekst wciąż pozostaje drobnym maczkiem. Pojawiają się rozmaitego rodzaju błędy. Nie ma też jakichkolwiek możliwości instalacji pluginów, które rozszerzałby możliwości czytnika o kolejne pozycje.

Istnieją wyższe modele czytników, bardziej zaawansowane, a przy tym znacznie droższe, które pad tym względem wypadają lepiej. Trudno ocenić jednoznacznie czy taki Onyx Boox M90 czy X60 jest już pod względem funkcjonalności akceptowalny, czy mógłby wspierać jeszcze więcej formatów.

Stoję więc przed wyborem, albo i tak niezbyt tani czytnik za 450 – 700zł, który oferuje absolutne minimum, albo czytnik w okolicach tysiąca i droższy, który na tle podstawowych eReaderów oferuje znacznie więcej, jednak kiedy spojrzeć na to z dystansu, ogromnego wrażenia też nie robi, zwłaszcza konfrontując możliwości z ceną.

W takiej cenie jak dobry czytnik mamy inne urządzenia, które czytnika oczywiście nie zastąpią, ale posiadają znacznie bogatszą funkcjonalność, jak choćby netbooki, które bez problemu radzą sobie z multimediami, w tym filmami 1080p i prostymi grami, a nawet tańsze, pełnowymiarowe laptopy. Koszt droższego czytnika, nawet po uwzględnieniu technologi E-Ink nie przystaje do jego możliwości. Na dobrą sprawę, po zmianie programowania najtańsze czytniki mogłyby oferować te same funkcje, co najdroższe, może z wyjątkiem dotykowego wyświetlacza i większej przekątnej ekranu. Mamy więc klasyczny przykład sztucznego urozmaicania rynku, które zamiast na dodawaniu bogatszego wyposażenia, polega na wprowadzaniu sztucznych ograniczeń.

Kamil Mizera, kolega z redakcji Antyweb, bardziej obyty z tematem eReaderów, zwrócił moja uwagę na fakt, że czytniki są takie drogie głównie w Polsce, za sprawą stosunku kosztów czytnika do przeciętnych zarobków w naszym kraju. Argument bardzo trafny, mieszkając w Stanach łatwiej uzasadnić zakup czytnika, ponieważ nie nadwyręża on domowego budżetu w żaden sposób. Dlatego sytuacja u nas w kraju jest na swój sposób wyjątkowa i nie odnosi się do czytników w ogóle.

 

To mnie jednak do końca nie przekonuje, bo z drugiej strony, zakup innej elektroniki, takiej jak smartfon czy netbook również jest za granicą łatwiejszy. Stosunek ceny do możliwości zostaje zachowany, za te same pieniądze co lepszy czytnik, można mieć urządzenie o szerszym wachlarzu zastosowań, nie obarczone rozmaitymi ograniczeniami dotyczącymi obsługiwanych formatów. Czy ktoś się kiedyś martwił czy mu się PDF na laptopie otworzy? Z resztą, nawet jeżeli coś się nie otworzy, w ramach tego samego urządzenia można od razu trefny plik przekonwertować. Z czytnikami tak łatwo nie ma.

Jestem w stanie zrozumieć, że nie leży w interesie Amazonu wspieranie rożnych formatów, Kindle nie jest w zamyśle uniwersalnym czytnikiem, jest przede wszystkim narzędziem ułatwiającym konsumpcje treści zakupionych właśnie w Amazonie. Z kolei cena Onyx Boox jest częściowo efektem braku silnej konkurencji. Tak więc przyczyn obecnego stanu rzeczy jest naprawdę wiele a problem jest złożony.

To wszystko jednak nie zmienia faktu, że z punktu widzenia konsumenta czytnik oferuje znacznie mniej, niż mógłby potencjalnie oferować, a wszelkie ograniczenia wynikają głównie z oprogramowania i przy tym słono kosztuje. Skoro ekran pozwala wyświetlać dowolne statyczne treści a dzisiejsza mobilna elektronika radzi sobie bez problemu z znacznie bardziej skomplikowanymi problemami, to nie potrafię znaleźć usprawiedliwienia dla ograniczonej funkcjonalności eReaderów.

Wychodzi więc na to, że czytnik jest wciąż albo zabawką, albo dobrem wysoce luksusowym (są czytniki za ponad 3 tysiące złotych). Mam zgryz i wciąż się zastanawiam, czy postawić na ograniczone możliwości i ręczną konwersję formatów za akceptowalną cenę, czy zapłacić za tego rodzaju urządzenie więcej, niż mój rozsądek mi zezwala. Dziwne, że ja, jako konsument, który zdaje sobie świetnie sprawę, że bardzo potrzebuje czytnika, mam takie dylematy. To bez wątpienia sygnał, że z rynkiem czytników, który powinien zrewolucjonizować współczesne czytelnictwo jest coś nie tak.

A to przecież dopiero połowa obrazu całej sytuacji i nie jestem pewien, czy nie ta bardziej optymistyczna. Chcę kupić czytnik pod kątem artykułów znalezionych w sieci, więc nie zastanawiałem się nad zabezpieczeniami DRM i formatami polskich książek elektronicznych. Jeszcze więcej problemów napotkamy, chcąc konsumować dużą ilość treści kupowanych w formacie eBooków… Wielka szkoda, że tak genialny i potencjalnie dostępny dla wszystkich pomysł jakim jest ekran w technologi E-Ink jest szykanowany przez tak wiele sztucznie wytworzonych problemów.