18

Czy współczesne zespoły powinny móc grać wiecznie?

zespoły
Nikt nie żyje wiecznie. Choć to bardzo smutne, jesteśmy obecnie świadkami tego, jak odchodzi pokolenie odpowiedzialne za muzykę lat 80'. Czy to znaczy, że musimy się na dobre pożegnać ze swoimi ulubionymi kapelami?

Temat który dziś chciałbym opisać chodził mi po głowie już od dłuższego czasu. Jak pewnie część z was zdążyła już zauważyć, jestem wielkim fanem muzyki heavymetalowej i hardrockowej, ze szczególnym zamiłowaniem do tzw. „klasyki”. Uwielbiam więc zespoły takie jak Motörhead, Judas Priest, Iron Maiden, Saxon czy Scorpions. Jest jednak jeden „problem”. Większość z nich powstała w latach 70′ (a Scorpionsi nawet w 60′), co oznacza, że dziś członkowie tych kapel są już po prostu staruszkami. Wieku ma co ukrywać. Klaus Meine ma 72 lata, Rob Halford – 69 a Ozzy Osbourne – 71. Duża część muzyków cierpi także na bardzo zaawansowane choroby. Glenn Tipton od lat zmaga się z parkinsonem, Brian Jonson – z utratą słuchu, a Bruce Dickinson czy Dave Mustaine przeszli nie tak dawno przez choroby nowotworowe. I niestety – jak bardzo bym tego nie chciał – żyjemy w czasach gdy wielu fanów muzyki hard’n’heavy będzie musiało opłakiwać swoich idoli. W tym roku minęło 10 lat od momentu śmierci Ronniego Jamesa Dio, niedługo minie 5 od śmierci Lemmy’ego Kilmistera. Wczoraj świat obiegła wiadomość, że swoją walkę z nowotworem przegrał jeden z najwybitniejszych gitarzystów wszech czasów – Eddie Van Halen. I wydaje się to oczywiste, że wraz ze śmiercią swojego lidera zespół powinien się rozwiązać i zakończyć działalność. Tylko czy aby na pewno?

Są już przykłady zespołów, które w teorii mogą grać wiecznie

Tak już mam, że lubię wczytywać się i śledzić historię zespołów, które poznaje. I o ile w większości przypadków jest ona dosyć powtarzalna i zmiany personalne nie dotykają wszystkich członków danej kapeli, są też zespoły, które nazywam „coverbandami”. W nich z jakiejś przyczyny rotacja dotknęła wszystkich członków, kapeli i nie ma w niej już ani jednego założyciela, a pomimo tego w dalszym ciągu funkcjonuje ona pod tą samą nazwą. Przykładów jest co najmniej kilka i pozwolicie, że do ich zobrazowania posłużę się wykresami z Wikipedii, ponieważ uważam je za bardzo pomocne i czytelne. Na pierwszy ogień idzie zespół Randy’ego Rhoadsa i Kevina DuBrowa – Quiet Riot:

zespoły

Innym przykładem jest chociażby Thin Lizzy, które po śmierci Phila Lynotta zaczęło mocno eksperymentować ze składem.

zespoły

Takim coverbandem jest też In Flames (Paweł Winiarski pewnie przestanie się do mnie za to odzywać ;])

zespoły

Przykładów można mnożyć, ale mam nadzieję, że rozumiecie koncepcję. Dzięki temu, że dziś dostęp do „archiwalnych” nagrań zespołu jest tak samo prosty jak tych najnowszych, zespoły mają dużo mniej powodów do zawieszania działalności. Ba, jestem przekonany, że w wielu sytuacjach takie zespoły kontynuują granie ze względu na fanów, którzy ich o to zwyczajnie proszą.  Jednak o ile w zespole, które od początku były miksem osobowości taką zagrywkę można sobie wyobrazić, to ciężko wytłumaczyć istnienie Motörheadu bez Lemmy’ego, Rozumiem i popieram takie podejście, ale warto tu pamiętać, że jeżeli mówimy o „ikonach”, to dużo zespołów miało (bądź ma) okres, w których grało bez nich. Maideni przez 8 lat musieli radzić sobie bez Bruce’a Dickinsona (i wydali wtedy świetny album Virtual XI), a Judas Priest przez dekadę grało bez Roba Halforda na wokalu.

Czy może nam tu pomóc technologia?

Tak, zapewne część z was już się zorientowała, w którą stronę to zmierza. Tak – mam na myśli sytuację, w której nikt nie wyobraża sobie, by danego członka kapeli zastąpić kimkolwiek innym. Ronnie James Dio, Eddie Van Halen, Jimi Hendrix czy Lemmy Kilmister to osobistości, które na swoje występy ściągały tłumy. Bez nich nie było sensu wychodzić na scenę. Czy w takim razie można zrobić coś, by po raz kolejny pokazać fanom zmarłego frontmana? Hmmm… czy ktoś powiedział słowo „hologram”?

Tak, Ronnie James Dio jako pierwszy został „ożywiony” za pomocą technologii. Ba, nawet pojechał w ogólnoświatową trasę. Ta jednak spotkała się z mieszanymi odczuciami, co mocno widać po ocenach klipów, któe podczas niej powstały. Widać, że ludzie nie do końca wiedzą, co mają sądzić o takiej formie „koncertu”. Z jednej strony to fajnie, że ci, którzy chcą posłuchać Dio mają ku temu jeszcze jedną szansę, a z drugiej – to nigdy nie będzie prawdziwy Ronnie z jego specyficzną formą interakcji z publiką i osobowością, której nie uchwyci żaden hologram. Osobiście, chociaż na początku byłem zdania, że takie hologramowe występy to tylko próba wyciągnięcia jeszcze nieco więcej pieniędzy bazując na sentymencie fanów, dziś nie jestem taki pewien, czy to jest takie złe. Tak bowiem, jak cyfrowa dystrybucja pozwoliła nam dotrzeć do nagrań, których wcześniej nigdy byśmy nie posłuchali, tak hologramy mogą być szansą na odtworzenie występów, których nigdy byśmy nie doświadczyli. Bardzo dużo dałbym za zobaczenie, nawet na hologramie występu Motörheadu w składzie Lemmy, „Fast” Eddie Clarke i Phill Tylor w Hammersmith Odeon, który odbył się skromne 12 lat przed moimi narodzinami.

zespoły

Różnorodność jest siłą technologii

Kontrargumentem dla zachowywania istnienia zespołów w formie „wirtualnej” byłoby to, że przecież jest tyle młodych i uzdolnionych kapel, które zasługują na pokazanie, że pokazywanie nieistniejących już bandów byłoby tylko odciąganiem uwagi. I tutaj też nie mogę się nie zgodzić. Zespoły takie jak Crazy Lixx, Enforcer, Battle Beast, Airbourne czy Santa Cruz pokazują, że hard rock wciąż się rozwija i można w tej dziedzinie jeszcze wiele wymyślić. Chciałbym tu poruszyć tu tylko jedną kwestię, którą bardzo dobrze widać, obserwując dzisiaj tablicę na facebooku. To porażające, ilu młodych muzyków sięgnęło po gitarę właśnie dlatego, że zobaczyli występ Eddiego Van Halena. Przypomina to sytuację sprzed lat, gdzie zespoły takie jak Judas Priest czy Motörhead nie istniałyby gdyby nie wpływ Jimiego Hendrixa. Dlatego też uważam, że zachowanie dzisiejszych topowych kapel nie byłoby w żaden sposób „odciąganiem uwagi” od już istniejących zespołów, ale daniem kolejnemu pokoleniu muzyków możliwości zapoznania się z twórczością osób które odeszły z tego świata czasem na długo przed ich narodzinami. Nie bez znaczenia byłby tu fakt, że technologia hologramów z czasem będzie się polepszać, więc występy te byłyby bardziej i bardziej realistyczne.

Nie mam dobrej konkluzji do tego tekstu, dlatego właśnie tytuł nie jest twierdzeniem a pytaniem. Co wy sądzicie o tym? Czy śmierć muzyków powinna definitywnie zakończyć funkcjonowanie zespołu w jakiejkolwiek formie, czy też jesteście za tym, by zachowywać ich twórczość, jaką są występy na żywo dla przyszłych pokoleń w cyfrowej, holograficznej formie?