38

Kiedy w Szwecji będą Chiny… czyli ile jest Volvo w Volvo obecnie?

To będzie bardzo nieobiektywny tekst, bo jestem takim typem człowieka, który potrafi złapać "critical failure" na przejściu dla pieszych widząc jakiekolwiek ciekawsze Volvo. Raz jeden trąbił na mnie facet w S80 II drugiej generacji, a zapatrzyłem się na niego tylko dlatego, że na "grillu" widniał dumny napis V8. 4.4 V8 (ten od Yamahy) w S80 to przepiękny motor, aczkolwiek w utrzymaniu potrafi być bardzo drogi.

Widząc się w jakimkolwiek samochodzie zawsze miałem poczucie, że to „musi być samochód”. Kompletnie nie kręcą mnie malutkie pojazdy (chociaż sam długo jeździłem Golfem). Gdy miałem okazję prowadzić Saaba 9-5 drugiej generacji, czułem się jak król drogi. Ponad 5 metrów długości, niemal 1,9 m szerokości. Parkowanie bez czujników i kamer to prawdziwy dramat – szczęście, że tam były takie udogodnienia. Stylistycznie cudowne auto, szkoda Saaba. Volvo jako marka było mocniejsze.

Nie wiem, skąd taka fascynacja dużymi, niekoniecznie pięknymi autami. Lubię mieć przestrzeń w kabinie (choć nie jestem wysoki), czuć, że prowadzę porządny kawał blachy. Wiecie, nie interesuje mnie wysoki Vmax, irracjonalnie szybki sprint do „setki”. Prowadząc swojego „Łosia” lubię ten dostojny cwał ku prędkości przelotowej – a kiedy trzeba – ryk wszystkich sześciu cylindrów i miarowe zmienianie biegów przed czerwonym polem. Jestem dziwny, bo stare V70 powoduje u mnie przyspieszone bicie serca. 850 T5R to już coś, co sprawia, że miękną mi nogi, a oczy robią mi się maślane. Cieszę się nawet tym, że moja nieoceniona życiowa partnerka też choruje na „Łosia” – miejskie XC40. Jej nie przeszkadza to, że wersja T3 ma tylko trzy cylindry w rzędzie – ponoć się nie telepie i jakoś jeździ.

Czytaj również: Volvo się kończy… na 180 km/h. Wielkie oburzenie

No, właśnie. Kiedyś to było Volvo. A teraz co jest?

Też jest Volvo, ale na nową modłę. Wszyscy wiedzą, że Volvo trafiło w ręce Chińczyków, wszystkim zawiaduje koncern Geely, który odkupił markę od Ford Motor Company. Prawda jest taka, że Ford na Volvo pomysłu w ogóle nie miał. Zresztą mam wrażenie, że Ford kompletnie nie potrafi prowadzić ani linii modelowej, ani marki, która jednoznacznie kojarzy się z produktami Premium. Bo czy Volvo jest „premium”? O to pytał (i odpowiadał) kiedyś m. in. Zachar Zawadzki (ZacharOFF – którego bardzo lubię oglądać) w swoich materiałach – nie będę Wam spoilował, poszukajcie. Według mnie, Volvo stoi o klasę wyżej od aut popularnych, ma swoją „duszę”. Ale gdybyśmy mieli zestawić flagowe S90 z Audi A8, BMW serii 7, czy Mercedesem klasy S… cóż. „Uberłoś” odstaje w pewnym sensie, choć to przepiękne, ciekawe auto. Flagowej limuzynie Volvo bliżej do Audi A6, czy Mercedesa klasy E.

Ponad 20 lat temu Volvo kojarzyło się z autami o aparycji bliskiej cegle. Tak, „cegła” to odpowiednie określenie. Były to auta nastawione na stuprocentową praktyczność i nierzadko podążano w tym kierunku do takiego stopnia, że ogólny design jakby schodził na boczny plan. Owszem, był taki okres w motoryzacji, gdy kanty się podobały. Tyle, że wtedy produkowane maszyny Szwedów przypominały bardziej karawany lub pudełka po zapałkach.

Moim skromnym zdaniem, niezwykle ciekawym projektem „starego Volvo” był model 145 produkowany w późnych latach sześćdziesiątych: niezwykle przypomina to, co dzisiaj definiuje samochód w wersji kombi. Zachowano pełną funkcjonalność: dwoje drzwi z tyłu, dwoje z przodu, obszerny bagażnik. Pojedziesz nim i do kościoła i do IKEI po kolejne meble do samodzielnego złożenia (przy których będziesz klął jak szewc). Design? Nie porywa: w momencie projektowania Volvo 145 nikt nie myślał o tym, żeby ten samochód szczególnie się podobał. A! Nie bez znaczenia było bezpieczeństwo. Jak na obecne standardy, nie był to duży samochód (4,64 metra długości). Ale sprzedał się w ilości niemal 270 000 sztuk.

Ale i w tych czasach Volvo potrafiło pokazać naprawdę ciekawy projekt. Przenosimy się na przeciwną skrajną część osi „rozmysłu Volvo” i przechodzimy do modelu P1800 ES z tylną klapą w całości… ze szkła. Takie rozwiązanie było wtedy horrendalnie drogie i pojazd produkowano dosłownie tylko przez dwa lata. Co to była za konstrukcja… kombi-coupe? Shooting brake? Trudno powiedzieć. Wiadomo jednak, że był to okres ekspansji Volvo na rynek USA – a tam trzeba było niecodzienny projekt przystosować do tamtejszych norm. Owszem, udało się to, ale zainteresowanie nie rekompensowało poniesionych kosztów i… nie sprzedano nawet 10 000 sztuk P1800 ES. Szkoda, bo to ciekawa konstrukcja.

Jak Wam wspomnę o Volvo 850, to przed oczyma od razu będziecie mieć pojazd, w którym tylne słupki wykorzystano jako miejsca dla kloszy lamp. W tamtych czasach niesamowicie efektowne rozwiązanie jak na auto, które… wygląda jak karawan. Moja luba za każdym razem, gdy widzi 850 / V70 I i II generacji krzyczy, że to karawan jest przecież. Co do Volvo V70 III nie jest już taka pewna, ale nie oszukujmy się – i ten kombiak jest lekko kanciasty. Cholernie bezpieczne, wzmacniane SIPS-ami, WHIPS-ami, poduszkami, strefami zgniotu cegłoloty, które w najmocniejszych wersjach mogły objeżdżać „Sebiksów” w betkach ryczących tylko dlatego, że wydech rdza przeżarła od wody po spalaniu LPG.

Volvo robi OM NOM NOM NOM NOM

Silniki Volvo. Pamiętam, jak kilka lat temu Volvo przyznało się, że nie będzie już większego silnika jak 2.0 litra. Pamiętam zawód fanów, kiedy okazało się, że cztery cylindry w rzędzie to maksimum, na co sobie producent pozwoli. Reszta mocy to będą modyfikacje, mapy, turbiny, kompresory, silniki elektryczne i tak dalej. Są tacy, którym R4 brzmi jak gorszego sortu kosiarka. R3 natomiast to dla ich uszu kakofonia porównywalna do kosiarki popsutej. O, na dodatek takiego S60 najnowszej generacji w wersji na „gnojówkę” nie uświadczysz. Nie, bo nie – Volvo ma plan taki, żeby środowiska nie truć, a diesle kopcą, śmierdzą i odpowiadają za smog w miastach (dobry diesel nie kopci, niekoniecznie śmierdzi, a co do smogu – to wierutne kłamstwo).

I uwierzcie mi, że mnie też to bolało. Jestem tak spaczony pod kątem Volvo, że jestem w stanie na parkingu rozpoznać dźwięk rozrusznika w niektórych benzyniakach tego producenta (doskonale rozpoznaję ten od 2.9). Na dźwięk 2.5 T R5 dostaję gęsiej skórki, a przegazowanie sześciocylindrowego 2.9 wywołuje u mnie uśmiech połączony z nostalgią. Za to zetknięcie się z silnikiem T6… o matko. Ale to jest cudowny motor – zarówno ten ładowany w S80 I generacji, jak i w nowszych konstrukcjach (już jako 3.0 T6). Kultura pracy tych silników jest niesamowita, o ile są w stu procentach sprawne. Ja u siebie postawię 5 złotych na pokrywie zaworów i nie spadnie. Jedyne basowe wibracje jakie czuć w kabinie, to te od nagłośnienia. Problem jest tylko taki: Volvo robi „OM NOM NOM NOM”. Skurkowane potrafią dużo palić, szczególnie w mieście.

W tym miejscu muszę podziękować Panu Peterowi Horbury’emu, który zaprojektował wyżej przedstawiony pojazd. Dziękuję za to, że codziennie mogę wsiadać do tak cudownej maszyny.

Ale nie, nie ma już tego. Silniki pięcio i sześciocylindrowe odeszły w niepamięć. Downsizing, Panie. Nawet w takich krowach jak S90 i XC90 nie uświadczysz dużego silnika V6, V8 czy nawet „biednego R6”, podczas gdy Mercedes właśnie uchylił nam rąbka tajemnicy na temat nowej klasy S. Tam rządzą rzędowe szóstki, a i dołączy do nich wersja V8. Wszystkie benzyniaki będą miękkimi hybrydami, które będą się „zbierać” do setki przeraźliwie szybko jak na tak ciężką i wypasioną limuzynę.

Czytaj więcej: Szwedzka robota, Android, Asystent Google – świetne trio od Volvo

Cegła musi latać. Volvo musi przetrwać

Kochani, a jaki lament był, kiedy Szwedzi trafili w ręce Geely? Bo, skoro Chińczycy, to będzie tandeta jak jasna cholera. I jak przekonali się niektórzy dziennikarze motoryzacyjni, różnic jakościowych między pojazdami z fabryk chińskich i tych poza Chinami nie ma. A czasami można nawet powiedzieć, że takie testy kończą się na korzyść „Chińczyków”, serio. Geely wpompowało kasę w Volvo, której Szwedzi po prostu na rozwój nie mieli. Według niektórych, smaczkiem, pstryczkiem w nos dla niedowiarków, którzy wieścili rychły upadek marki po przejęciu jej przez Geely jest plastikowa metka w Volvo XC40 i slogan „Made by Sweden”. Wszędzie akcentowane jest to, że pieniądze może i są chińskie. Ale dusza jest szwedzka.

A nie jest? Nowe Volvo to przepiękne samochody. Młoty Thora w przednim oświetleniu robią piorunujące wrażenie. Masywne grille, kształty mimo wszystko nawiązujące do poprzednich lat. Legendarny Peter Horbury, któremu mogę zawdzięczać nieśmiertelny, kontrowersyjny (aczkolwiek pociągający) design S80 I generacji jest szefem departamentu projektowego w Geely – czyli de facto nic, co dzieje się w Volvo pod względem designu nie uchodzi jego uwadze. Po 10 latach od przejęcia, Volvo zatrudnia dwa razy więcej pracowników i sprzedaje coraz więcej aut. Co więcej, średniej wielkości SUV – Volvo XC60 stał się niewątpliwym hitem.

Co do Geely – nikt nie podnosił larum, kiedy to Chińczycy przejęli The London Taxi Company – spółkę, która odpowiada za tzw. „czarne taksówki” w Londynie, będące tradycyjnym elementem motoryzacyjnego wystroju miasta. Co więcej, model TX4, czyli te taksóweczki, które obecnie jeżdżą po Londynie to właśnie auta produkowane przez Geely (projekt bazuje na wcześniejszych dokonaniach spółki, która musiała jednak zaprzestać produkcji ze względu na problemy finansowe).

Żeby Volvo było Volvo

Ale Volvo to Volvo… i to pełną gębą. To jedyny tak bezczelny producent, że wcale nie przejmuje się hejtem, który spada na niego z powodu ograniczenia prędkości do 180 km/h we wszystkich nowo wyprodukowanych pojazdach. Nie przeszkadza im to zupełnie. Misje są dwie: bezpieczeństwo osób na pokładzie samochodu i bezpieczeństwo pieszych. Pod tym względem Volvo nie ma sobie równych.

Volvo S90

Ale to również oznacza koniec pewnej ery. Już teraz, spoglądając na Volvo S60 Polestar Engineered mamy wrażenie, że obcujemy z maszyną, którą jedynie „usportowiono”, a nie przydano jej sportową duszę. Poprzednik – S60 T6 Polestar był ostatnim pojazdem, który dawał czystą frajdę z jazdy „na krawędzi”. Takich aut w portfolio Szwedów już nie będzie. Dlaczego? Bo Volvo to nie marka dla osób, które lubią „zamykać licznik”, gonić „Sebiksów” na światłach, czy objeżdżać ronda bokiem. Volvo to filozofia, wedle której w aucie czujesz się prawie jak w domu – pojazd przewozi Cię bezpiecznie z punktu A do B, dbając przy okazji o to, żebyś się nie zmęczył procesem poruszania się po drodze. Wybaczcie mi tę pompatyczność oraz peany – uwielbiam Volvo. I nie jestem zadowolony z niezrozumienia, jakie pojawia się wokół tej marki. Chcesz sobie polatać bokiem? Kup sobie BMW, najlepiej przepiękną Alpinę, a nie chrupka z nalepianym M-pakietem. Kup cokolwiek, co będzie Ci dawać radość z jazdy.

Są kierowcy, dla których radość z jazdy wynika wprost z tego, że za każdym razem wracają cali i zdrowi do domu. Niezależnie od tego, co jest dla Was istotne w jeździe autem: samych bezpiecznych i bezawaryjnych kilometrów. Trzymajcie się, szerokości!