Moje przemyślenia

Czasami boję się, że zabraknie mi prądu

PW
Paweł Winiarski
19

Baliście się kiedyś, że obładowani elektronicznym sprzętem na wyjeździe, w którymś momencie zostaniecie bez prądu? Ja tak czasem mam. Siedzę i pakuję się na czterodniowy, antywebowy wyjazd. Oznacza to, że trzeba zabrać ze sobą trochę sprzętu, ale to nie on jest bohaterem tego wpisu. Chodzi raczej...

Baliście się kiedyś, że obładowani elektronicznym sprzętem na wyjeździe, w którymś momencie zostaniecie bez prądu? Ja tak czasem mam.

Siedzę i pakuję się na czterodniowy, antywebowy wyjazd. Oznacza to, że trzeba zabrać ze sobą trochę sprzętu, ale to nie on jest bohaterem tego wpisu. Chodzi raczej o własne zabawki, które muszą umilić mi nie tylko podróż, ale i kilka godzin czekania na przesiadkę. Zabieram fablet (czy jak wolicie phablet, bo fablet kiepsko wygląda), mały tablet, e-papierosa, komputer i dwie konsole przenośne. Dużo jak na bagaż podręczny, ale mam mam dziwne wrażenie, że warto się na tę podróż trochę bardziej zabezpieczyć w kwestiach rozrywki.

Bo przecież podróż to dobry czas chociażby na przeczytanie jakiegoś kupionego wcześniej ebooka, który leży i „kurzy się” na wirtualnej półce (tak, wiem Kindle - żona nie pożyczy, bo używa codziennie). Mam sporo muzyki do nadrobienia, głównie jeśli chodzi o nowości. Poza tym kilka gier do skończenia. Dużo jak na podróż w dwie strony, ale wolałbym też mieć co robić wieczorami w hotelu, jeśli akurat okaże się, że towarzystwo nie dopisze (a tak czasem na tego typu wyjazdach niestety bywa). Siedzę więc, pakuję, a przed pakowaniem ładuję wszystko na 100%.

Powerbanki biorę dwa, jeden większy, drugi mniejszy. Myślę, że wystarczą, ale na wszelki wypadek naładuję je kontrolnie na 100%. Bo przecież nieużywane mogły utracić trochę energii. A skąd w zasadzie ta obawa?

Dawno już minęły czasy kiedy sprzęty trzeba było ładować sporadycznie. Uwielbiałem swoje PlayStation Portable między innymi przez to, że można było na niej grać 9 godzin na jednym ładowaniu. A Vita? 4 godziny to już dobry wynik. A dodajcie do tego wygaszanie zamiast wyłączania i sprzęt szybko przypomni Wam o braku prądu. To samo z n3DS. Rewelacji nie ma. Telefon? 3300 mAh to dużo, ale jeśli dodać do tego roaming w Play’u, nagle okazuje się, że w połączeniu z synchronizowaną przez BT opaską, energia jest z baterii wyciągana w dość szybkim tempie. A przy 20% pojawia się już delikatny stres, ze telefon przestanie działać dokładnie wtedy, kiedy będzie najbardziej potrzebny.

O komputerze mówić nawet nie będę, bo przesiadka z Macbooka Air na rMBP to jeden z największych ciosów jeśli chodzi o akumulator. Epapieros też lubi się rozładowywać w najmniej oczekiwanych momentach, a i samej ładowarce nie można ufać. Niby wszystko jest naładowane, po czym okazuje się, że po dwóch godzinach miga czerwona dioda. Dlatego zawsze noszą przy sobie przynajmniej jedną zapasową, naładowana baterię.

I tak przy tym całym pakowaniu przypomniałem sobie 1999 rok, kiedy raz na jakiś czas przejeżdżałem autobusem i pociągiem 9-godzinne trasy. Jeszcze bez komórki, za to z walkmanem i zestawem alkalicznych paluszków, które były zastępstwem dla akumulatorków. A kiedy i te zaczynały „umierać”, wystarczyło zahaczyć o kiosk i poprosić o dwa paluszki AA. Albo jeden „AAA, ten mały proszę Pani”, by zasilić Creative Muvo na kolejny tydzień.

Sam już w zasadzie nie wiem kiedy tak mocno uzależniłem się od elektryczności zasilającej moje mobilne sprzęty. Pewnie w momencie, kiedy te stały się nieodłącznym elementem mojej codzienności i najlepszymi kompanami w podróżach. Może po prostu zamiast ładować wszystko przed wyjazdem, schowam większość rzeczy do szuflady, a wezmę ze sobą grubą książkę i ze dwie gazety? One przynajmniej się nie rozładują.

grafika: 1, 2, 3

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

elektrycznośćbaterie