14

Czas na zmiany w projekcie Google Glass

Sergey Brin zostawił Google Glass w samochodzie – taką informację podają od kilku dni niektóre branżowe serwisy. Na pierwszy rzut oka wiadomość dziwna i nieistotna, ale zazwyczaj stanowiła ona wstęp do tekstu, w którym podkreślano, że temat jest ważny: nastaje zmierzch konsumenckiego projektu Glass. Sytuacja o tyle dziwna, że ów zmierzch następuje zaraz po świcie […]

Sergey Brin zostawił Google Glass w samochodzie – taką informację podają od kilku dni niektóre branżowe serwisy. Na pierwszy rzut oka wiadomość dziwna i nieistotna, ale zazwyczaj stanowiła ona wstęp do tekstu, w którym podkreślano, że temat jest ważny: nastaje zmierzch konsumenckiego projektu Glass. Sytuacja o tyle dziwna, że ów zmierzch następuje zaraz po świcie – zabrakło dnia, czyli walki produktu o portfele milionów klientów.

Serwisy nie przywołują postaci Brina przypadkowo. Po pierwsze, to jeden z szefów Google, po drugie, dowodzi on słynnym oddziałem Google X, który odpowiada za stworzenie okularów, po trzecie, to właśnie współzałożyciel korporacji z Mountain View jest najmocniej kojarzony z tym urządzeniem. Gdy słyszę/czytam „Sergey Brin”, to przed oczyma staje mi facet w średnim wieku z brodą i okularami Google na głowie. Nie wiem, jak często nosił je w rzeczywistości, ale na zdjęciach pojawiał się z dużą częstotliwością. I oto przed jakąś dużą imprezą zostawia swój gadżet w samochodzie. To musiało oczywiście wywołać komentarze i sprowokować do dyskusji: co dzieje się z okularami internetowej firmy?

Trafiłem w Sieci na kilka wpisów tego typu, odsyłam do tekstu Reutersa. Sprawnie i w miarę zwięźle wypunktowali to, co działo się ostatnio wokół projektu. O czym mowa? O odchodzeniu pracowników związanych z okularami, o przesuwanych terminach i nadal wysokiej cenie. Pojawia się np. wątek deweloperów, którzy porzucają ten sprzęt i zajmują się innymi tematami – np. goglami Oculus VR. Widzą w nich większą szansę na zyski. Czy to oznacza, że wszyscy już machnęli na to urządzenie ręką i je pogrzebali? Nie, po prostu na nowo określony zostanie kierunek rozwoju tego urządzenia.

Stało się już jasne, że nie będzie to produkt masowy. Jest zbyt drogi, a jego funkcje są zbyt ograniczone (na dłuższą metę brak tu „czynnika wow”), by okulary miały kupić setki czy nawet dziesiątki milionów ludzi. Skoro nie gadżet dla mas, to co? Narzędzie używane przez profesjonalistów. W gronie tych ostatnich można dzisiaj wymienić np. chirurgów. Niejednokrotnie pojawiały się doniesienia o operacjach, przy których używano okularów Google. Odbiorą je szpitale, mogą to zrobić również służby porządkowe. Zastosowania dla produktu znajdą się i w przemyśle i w usługach. Opcji sporo, ale nie jest pewne, ile firm postanowi się tym zająć? I jak do pracy będzie zachęcać internetowy gigant?

Zapał Google nadal jest najważniejszym elementem decydującym o powodzeniu tego projektu. Jeśli korporacja będzie się angażować i pompować w to pieniądze, pewnie uda się kontynuować prace. Jeżeli jednak okulary staną się jednym z tych pomysłów, które w odczuciu Google nie rokują, to trzeba będzie postawić na nich krzyżyk. W takim ujęciu jest to całkowita strata czasu i pieniędzy? Niekoniecznie. Google zdobyło spore doświadczenie, poznało reakcję rynku, wady i zalety produktu, zdobyło patenty i przez kilka kwartałów robiło szum wokół swojej innowacyjności. Zyskali naprawdę sporo, a wydatki raczej nie opustoszyły ich portfela – ten jest naprawdę gruby i umożliwia eksperymenty typu Glass. Jeszcze dzisiaj napiszę o kolejnej dużej rzeczy, jaką spróbuje wdrożyć w życie firma z Mountain View.