28

Czarna strona streamingu – nie mamy żadnej kontroli. Usuną i poprawią, co będą chcieli

Uwielbiamy streaming. Comiesięczna opłata gwarantuje nam dostęp do pokaźnych zasobów multimediów od muzyki, przez filmy i seriale, wkrótce aż po gry. To bardzo komfortowe i stosunkowo przystępne, ale nie jest to rozwiązanie idealne. Przez cały czas jesteśmy zdani na łaskę włodarzy serwisu i dystrybutorów, którzy coraz częściej chcą i podejmują decyzje za nas.

Chyba każdy zdążył już przywyknąć do zmiennej oferty Netfliksa czy HBO Go. Wybrane produkcje pojawiają się i znikają w zależności od warunków umowy pomiędzy właścicielem usługi VOD a dystrybutorem. Z przyjemnością dodajemy dane tytuły do listy do obejrzenia później, by za jakiś czas zorientować się, że już ich tam nie ma albo pozostało naprawdę niewiele czasu na nadrobienie zaległości. Nie rzadko widuję komentarze brzmiące mniej więcej tak: „muszę to dzisiaj/jutro obejrzeć, bo zaraz usuną”. I często siadamy i oglądamy – nie dlatego, że mamy naprawdę ochotę, ale dlatego, że wkrótce film zostanie usunięty z oferty i nie jest jasne, czy pojawi się tutaj ponownie albo w innej usłudze. Kilka razy zdarzyło mi się, że konkretna wersja albumu została zastąpiona inną, nowszą, a ostatnie tygodnie pokazały, że włodarze serwisów chcą też podejmować decyzje moralne za swoich użytkowników.

Zacznijmy od naszego podwórka, choć nie dotyczy to usługi streamingowej. Po premierze dokumentu HBO pt. Leaving Neverland, w którym padają oskarżenia o molestowanie wycelowane w Michaela Jacksona, niektóre stacje radiowe zadeklarowały zaprzestanie puszczania utworów artysty. Słuchacze byli podzieleni. Wspominam o tym, ponieważ w USA doszło do jeszcze ciekawszej sytuacji, gdyż twórcy serialu The Simpsons zdecydowali się na zarchiwizowanie odcinka, w którym brał udział Michael Jackson. Oznacza to, że epizod został wycofany ze wszystkich usług VOD, gdzie dostępny jest serial, a przyszłe wydania DVD/Blu-ray będą danego odcinka pozbawione. W ciągu ostatnich kilku godzin dowiedzieliśmy się także, że Netflix – pod naporem negatywnych komentarzy – postanowił usunąć ze swojego filmu Nie otwieraj oczu wyciąć jedną ze scen. Widzowie byli zbulwersowani, bo zawierała ona nagranie z prawdziwego wypadku. Netflix początkowo tłumaczył się niewiedzą, co do pochodzenia ujęcia, a decyzja o usunięciu sceny z filmu zapadła kilka tygodni po wrzawie, jaką wywołała.

Nie będziemy teraz zastanawiać się nad słusznością tych decyzji, bo nie tego dotyczy tekst. Chciałem jedynie pokazać przykłady z ostatniego czasu, które uwypukliły sytuację, w jakiej się znajdujemy. Subskrybując usługi oferujące multimedialne treści, jesteśmy zdani na łaskę innych osób. Niezależnie od tego, czy okoliczności usunięcia lub dokonania poprawek w dostępnych treściach są tak skrajne, czy wynika to tylko i wyłącznie z widzimisię właścicieli serwisu, nic nie możemy na to poradzić. Bardziej neutralnym przykładem zmian, które nie są na rękę części użytkowników, to aktualizacja dyskografii artystów, którzy (za porozumieniem z wytwórnią) przygotowują zremasterowanej wersje albumów. Starsze wydania są najczęściej zastępowane tymi nowszymi, lecz nie zawsze lepiej brzmiącymi. A w grę nie wchodzą tylko aspekty techniczne, bo przecież starsza wersja może nam się bardziej podobać i koniec. Co wtedy? Pozostaje nam dany album kupić w tej wersji, która odpowiada nam najbardziej.

Nabywanie fizycznych wydań nie interesuje wszystkich. Niektórzy unikają tego jak ognia, inni widzą w tym realizację jakiejś pasji, jeszcze inni robią to, by móc posłuchać, obejrzeć, zagrać w coś co lubią, bez obaw o odcięcie dostępu z dnia na dzień do ulubionego tytułu. Nawet w serialu The Big Bang Theory pada stwierdzenie: „Obejrzyjmy wreszcie te Gwiezdne Wojny, zanim George Lucas znowu je poprawi”, co oczywiście odnosi się do wielu wersji, które ukazywały się na przestrzeni lat. Posiadając je na nośnikach fizycznych, nikt ich nam nie odbierze. Przy zakupie wersji cyfrowej wystarczy podmiana pliku na serwerach sklepu, byśmy pobrali lub streamowali inną wersję, niż kupiliśmy.

Uwielbiam cyfrową dystrybucję i serwisy streamingowe, o czym zaznaczam na każdym kroku. To jedna z tych rewolucji, która przyniosła bardzo konkretne korzyści i wygody. Ale nigdy nie zrezygnuję z tradycyjnych wydań filmów czy albumów muzycznych, co nie jest jedynie następstwem chęci kolekcjonowania ciekawszych wydań czy ulubionych treści, które chciałbym po prostu „mieć”. To także, a może przede wszystkim zapewnienie sobie dostępu do kawałka kultury, który mi najbardziej odpowiada (jak pierwsze wydanie koncertu „The Song Remains The Same” zespołu Led Zeppelin), a którego nikt nie będzie w stanie mi odebrać z dnia na dzień.