12

Gdyby Asystent Google miał takie funkcje, byłby moją ulubioną usługą

Asystent Google trafił do Polski, mówi do nas w rodzimym języku (choć jeszcze nie do wszystkich). Testuję, sprawdzam i muszę przyznać, że działa to całkiem nieźle. Gdzieś w głowie mam jednak obraz asystenta, który potrafi zdecydowanie więcej niż ten, którego dostałem.

Jestem jedną z tych osób, która lubi myśleć o tym, jak mogłyby wyglądać technologiczne gadżety. To normalne, czy może naoglądałem się w dzieciństwie za dużo filmów science-fiction? Nie ukrywam, że czekałem na polskiego Asystenta Google – i w pewnym sensie jestem zadowolony, w pewnym jednak rozczarowany. To co już działa, działa fajnie, choć jak mówiłem dziś na wideo, jest wiele braków względem anglojęzycznego brata (lub siostry, jeśli wybierzecie żeński głos).

Czym powinien być asystent?

Pod hasłem asystent, Słownik Języka Polskiego ma dwie definicje. “Osoba pomagająca specjaliście przy wykonywanej przez niego pracy” oraz “Stanowisko na wyższej uczelni lub instytucie naukowym niższe od adiunkta; też: osoba zajmująca to stanowisko”.

Dwójkę skreślamy od razu, co do jedynki natomiast mam pewne wątpliwości, uznajmy jednak że ten cały asystent to taki pomocnik. Ma robić coś za nas, na naszą prośbę. Taki zamysł przyświecał najwyraźniej również twórcom Asystenta Google (i każdego innego asystenta głosowego). Po kilku dniach używania polskiej wersji nie jestem jednak pewien, czy faktycznie w czymkolwiek ten program jest w stanie mi pomóc. Nie wydaje mi się również by wprowadzenie komendy głosowo i czekanie na jej wykonanie było na pewno szybsze niż samodzielne zrobienie tego samego przy użyciu ekranu dotykowego.

Oczywiście to wszystko wygląda cool i jazzy (a nawet funky!) kiedy mówię że chcę do kogoś wysłać SMSa/innego rodzaju wiadomość, określam adresata, dyktuję treść, zatwierdzam jej wysłanie. I może gdybym robił to regularnie, wszystko działoby się szybciej. Samo dyktowanie – bomba. Na moich oczach algorytm rozpoznawania mowy Google uczył się nowych rzeczy i działa zdecydowanie lepiej niż kiedyś. Łapię się ostatnio na tym, że coraz częściej korzystam z tej funkcji w klawiaturze Google pisząc krótkie wiadomości lub robiąc notatki. Wciąż oczywiście nie weszło mi to w nałóg, ale podoba mi się działanie tej usługi. Jednak zanim pozatwierdzam wysłanie wiadomości, a Asystent Google faktycznie puści ją w świat, zdążę napisać ją sam (ręcznie lub z użyciem dyktowania). Jaka z tego dla mnie korzyść, skoro jeszcze przy okazji system nie zawsze łapie “OK Google”? No chyba żadna.

OK Google, gdzie znajdę najtańsze paliwo w okolicy?

Dla takich funkcji potrzebuję Asystenta. Trudno mi oczywiście potwierdzić, czy wybrane stacje faktycznie mają najtańsze paliwo, ale z poleconego zadania wywiązał się wręcz wzorowo. Zmiana produktu też działa, szukałem opon. Ale kiedy pytam o gry dostaję pierwsze z brzegu wyniki z wyszukiwarki. W dodatku wyniki nie na temat. Pytanie o płyty muzyczne ze stycznia 2019 roku doczekało się równie kiepskiej odpowiedzi.

Wiem, że taka baza danych będzie poszerzana i może gry oraz płyty metalowe nie są na tyle istotne by wyświetlić listę okolicznych sklepów (jest ich kilka) oraz tytułów, ale tego własnie po asystencie oczekuję – że znajdzie dla mnie  te informacje, przefiltruje i przekaże. Nie oczekuję przecież, że będzie analizował mój gust i dobierał produkty pod niego.

Kiedy jednak chodzi o pomoc w dotarciu do pracy, jestem rozczarowany

Wyniki na jakże życiowe i istotne zapytania widzicie sami, są kompletnie nietrafione. A przecież przy Mapach Google system jest teoretycznie w stanie ocenić chociażby czas dotarcia do miejsca docelowego (praca i dom są dopięte do mojego konta Google) patrząc na korki w okolicy i wybrać dla mnie najlepszą drogę. Wystarczy przecież wejść do Map Google i przeklikać się przez poszczególne środki transportu, zerkając na czas. To jednak dla polskiego Asystenta Google zbyt trudne. Potrafi za to powiedzieć jaka jest pogoda – faktycznie, bardzo istotna informacja kiedy mam wyciągnięty na główny ekran widget aplikacji pogodowej. A może ja źle pytam? Nie, sorry – nie mam ochoty zastanawiać się jak mówić do asystenta w sposób zrozumiały. Ja chcę żeby on był inteligentniejszy ode mnie i się domyślił.

Zapytanie o pyszną kawę kończy się linkami do YouTube, zapytanie o dzienne zapotrzebowanie kaloryczne linkiem do kalkulatora. To nie tak powinno wyglądać. Moim zdaniem asystent ma za zadanie zapytać jaka kawa mi najbardziej smakuje i zdobywając informacje zaproponować konkretny przepis. Wtedy uznałbym, że interesuje go moja osoba – a to po prostu wyszukiwarka głosowa. Z kaloriami wystarczyłoby kilka pytań z kalkulatora – waga, wzrost, wiek. I tyle, to nie jest rocket science, szczególnie że małe polskie strony potrafią zrobić własne kalkulatory.

To oczywiście tylko kilka przykładów, które przyszły mi do głowy. Ale im więcej ich mam, im więcej rzeczy sprawdzam, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że z tego polskiego Asystenta Google żaden asystent, bo wreszcie w niczym mi nie pomaga. Hasło do wyszukiwarki umiem wpisać sam, włączyć Spotify również. Absolutnie nie jestem do niego sceptycznie nastawiony i nie mogę się doczekać, aż faktycznie rozwinie w naszym kraju skrzydła, czyli dogoni swoje zagraniczne odpowiedniki.

Tymczasem mam wrażenie, że za kilka dni w ogóle o nim zapomnę, bo póki co jakoś niespecjalnie mnie ciągnie by robić cokolwiek z pomocą hasła OK Google. No i ten oficjalny polski start kiedy wiele osób w komentarzach pod naszymi tekstami i filmami wciąż pisze, że cały czas nie dostało asystenta. Ja wiem, że Google wspominało o wdrażaniu usługi przez kilka tygodni, ale takie opóźnienia nie budują zaufania i nie zachęcają do korzystania z produktu. Szczególnie, że nie jest znany żaden klucz przyznawania dostępu do usługi. Dostałem polskiego Asystenta Google na koncie, które zakładałem kiedy Gmail pojawił się w Polsce i był na zaproszenia oraz na koncie założonym dwa lata temu jako śmieciowy mail do podpinania usług, które testuję. Tymczasem znajomy, który założył konto dawno temu, kilka minut po mnie, z mojego zaproszenia – wciąż czeka.