139

Zapłaciłem ponad 500 złotych za Cinema City Unlimited. Ciekawe, ile wytrwam jako kinomaniak?

Co można mieć dzisiaj w abonamencie? Pakiet możliwości jest naprawdę obszerny, chodzi już nie tylko o telefon, Internet czy kablówkę, ale serwisy streamingowe z muzyką i filmami, o ebooki czy audiobooki, przeróżne programy przydatne w pracy. Do kina też można chodzić w ramach abonamentu. Wczoraj zdecydowałem się na tę ostatnią opcję i zapłaciłem za Cinema City Unlimited. Spędziłem dzień w kinie i niejednokrotnie nachodziły mnie wątpliwości, czy to właściwie zainwestowane 500 złotych...

Cinema City Unlimited to usługa, która w naszym kraju pojawiła się kilka kwartałów temu, Tomasz pisał o niej pod koniec 2015 roku.

Do programu można dołączyć na wiele sposobów: przy specjalnym stanowisku w kinie, przez stronę www (cinema-city.pl/unlimited) lub aplikację mobilną. W każdym przypadku ma to nam zająć 5 minut. Warunkiem jest ukończenie 18 lat oraz posiadanie zdjęcia (format paszportowy), które zostanie umieszczone na naszej karcie Unlimited. Jak łatwo się domyślić, jest ona imienna – w ten sposób kino zabezpiecza się przed korzystaniem jednej karty przez kilka osób.[źródło]

Faktycznie, rejestracja nie jest skomplikowana, zajmuje kilka minut. Wypełniliśmy z lubą formularze na stronie, dodane zdjęcie, podpięta karta płatnicza i gotowe. W ciągu dziesięciu dni powinniśmy dostać imienne karty, do tego momentu w kinie trzeba pokazywać maila w formie wydruku lub cyfrowej. Z technicznego punktu widzenia zastrzeżeń mieć nie można, bilety w kasie kupuje się równie szybko, co wcześniej. Co z płatnościami?

Miesięcznie za nieograniczony dostęp do wszystkich kin Cinema City (oprócz warszawskich) płaci się 42 złote. Dopłacać trzeba za seanse 3D czy IMAX, ale to kwestia kilku złotych. Jest jeden haczyk: podpisuje się umowę na cały rok. Trzeba się zatem przygotować na wydatek rzędu 500 złotych za jedną kartę. Można zapłacić jednorazowo, można ustawić opcję comiesięcznego ściągania należności – nie ma różnicy w cenie. Czy to się opłaca? Cóż, wszystko zależy od tego, jak często będzie się korzystać z karty przez te 12 miesięcy. Wczoraj spędziliśmy z konkubiną większą część dnia w kinie, zaliczyliśmy pięć filmów i za bilety zapłacilibyśmy około 250 złotych. Wystarczą zatem cztery takie wypady w ciągu roku i wyjdzie się na „zero”.

Sęk w tym, że na większość filmów, które wczoraj widzieliśmy, raczej nie wybrałbym się do kina (oglądając „Ukryte piękno” zastanawiałem się, czy scenariusz pisali Paulo Coelho i Jason Hunt). Karta po prostu zmobilizowała, by ruszyć się z domu i spędzić dzień przed ekranem. Zastanawiam się, jak długo to potrwa, czy za tydzień też ruszymy na taki maraton. A jest się nad czym zastanawiać, bo po całym dniu w kinie dają o sobie znać zalety i niestety wady tego miejsca. Rzeczy, które irytują przy jednym seansie, stają się czymś naprawdę trudnym do zniesienia podczas seansu piątego.

Ten sam pakiet reklam i nieszczęsna kanapka szefa (jeszcze gorsza jest reklama cztery wesela i rozwód – to musi być jakaś prowokacja albo zemsta oszukanej agencji reklamowej), widziany po raz czwarty trailer kolejnej odsłony przygód pana Greya, wszystko to trwa przynajmniej kilkanaście minut i łącznie daje czas, który pozwoliłby obejrzeć jeszcze jeden film. Ale trudno, taki urok seansów filmowych w XXI wieku. Do tego dochodzi niestety czynnik ludzki. Grupa za nami przyszła pogadać, człowiek obok dość głośno je popcorn, komuś wibruje telefon, inna osoba sprawdza Facebooka podczas seansu, pojawił się nawet człowiek, który zasnął i chrapał. Ale tego ostatniego akurat rozumiem, bo duet Hunt-Coelho to za dużo. Szczytem wszystkiego był jednak seans Łotra 1: ojciec przyszedł z małym synem i… czytał mu napisy. A gdy poprosiłem, by przestał, zaczął opowiadać dziecku, co właściwie oglądają. Chłopiec był bardzo dociekliwy i przez cały czas zadawał pytania. Naprawdę głośno. Gdybym widział film pierwszy raz i zapłacił za dwa bilety sporą kasę (IMAX), pewnie byłbym ostro zirytowany. Karta Cinema City Unlimited sprawiła, że nerwy można było utrzymać na wodzy. Ale dobra rada dla wszystkich rodziców: nie każdy film nadaje się dla Waszych pociech.

Pierwsze wrażenia raczej pozytywne, chociaż na taką wyprawę trzeba być przygotowanym psychicznie i fizycznie – po powrocie do domu głowa aż dymiła, z maratonami sprawa jednak nie jest prosta. Jak już pisałem, liczę na to, że karta będzie mobilizować do częstszych wypadów do kina, śledzenia nowości na bieżąco. Przekonamy się, jak długo to potrwa. Może kolejny seans z ojcem-lektorem sprawi, że podziękuję. Ale płacić i tak będzie trzeba…

PS Nie rozumiem ludzi, którzy siadają na nie swoich miejscach. To nie jest Polski Bus, zapewne pojawi się człowiek, który kupił akurat tę miejscówkę.