24

Tego laptopa nie ładowałem cały weekend. Miały podbić rynek, a mało kto o nich pamięta

Kilka lat temu jedna z najważniejszych (technologicznych) firm na świecie postanowiła stworzyć własny system operacyjny dla komputerów. Miał być inny niż wszystkie pozostałe, podobnie jak same komputery. Laptopy podbiły rynek edukacyjny i nie tylko, ale w wielu częściach świata o nich nawet nie słyszano, albo jak w Polsce szybko o nich zapomniano. Byłem ich fanem i użytkownikiem, ale sporo się zmieniło. Po kilku latach wróciłem do Chromebooka.

Chromebook wystarczy

Co dziś robimy na naszych komputerach? Czytamy, gramy, oglądamy i słuchamy muzyki. Oczywiście pracujemy. Z jakich programów, aplikacji i narzędzi w tym celu korzystamy? Przeróżnych, ale możliwości Internetu i przeglądarek zmieniły się tak diametralnie na przestrzeni ostatnich lat, że chyba mało kto nie uruchamia Chrome’a/Firefoksa/Edge’a/Opery w pierwszej kolejności zaraz po włączeniu komputera. Google kilka lat temu stwierdziło, że skoro tak wygląda nasza nowa rzeczywistość, to stworzenie komputera, który nie posiada nic poza przeglądarką internetową wcale nie będzie takim głupim pomysłem. Jak się później okazało była to trafiona decyzja, choć idea dojrzewała przez następnych parę lat. Chrome OS zmieniał się, ewoluował i przechodził (drobne) rewolucje. Początkowo nie posiadał nawet pulpitu, dzisiaj natomiast jego przyszłość w dużej mierze opiera się na sukcesie działania aplikacji dedykowanych Androidowi.

Czytaj też: 8 lat wsparcia od Google. Nawet Apple tyle nie zapewni

W kilku Chromebookach, których używałem przez wiele miesięcy i lat, a także w tych, które testowałem przez kilka tygodni, zawsze doceniałem długi czas pracy na jednym ładowaniu i prostotę obsługi. Skonfigurowanie środowiska do pracy i rozrywki zajmuje dosłownie kilku minut, a przy każdym kolejnym sprzęcie to kwestia zalogowania się na konto Google. Jeśli używacie na co dzień przeglądarki Chrome, to będziecie czuć się jak u siebie – wiem, bo piszę to z własnego doświadczenia. Oczywiście Chrome OS wymusza kilka kompromisów, na które trzeba się zgodzić, ale nie wymagając od takiego laptopa zbyt wiele, Chromebook może stać się naszym ulubionym sprzętem.

Co za dużo, to niezdrowo

Nie będę ukrywał, że w początkowej fazie dostępności Chromebooków byłem ich wielkim fanem. Każde nowe urządzenie wydawało się dla mnie ciekawą premierą, ale niektóre z modeli na tyle nie różniły się od pozostałych, że w pewnym momencie rynek stał się aż przesycony laptopami z Chrome OS. Niektórzy producenci wpadali na intrygujące pomysły – tak, Chromebooków nie ominęła fala hybryd i konstrukcji 2 w 1 lub 3 w 1 – ale poza pewne możliwości (i ograniczenia) systemu po prostu nie dało się wykroczyć.

Żeby usprawiedliwić zakup Chromebooka, musimy na niego wydać (sporo) mniej, niż na tradycyjnego laptopa z Windowsem, o MacBookach nie wspominając. Magiczna bariera 1000 zł wydaje mi się do tej pory najlepszym pułapem cenowym, choć niewiele nowych laptopów zostaje tak wycenionych (szczególnie w Europie), dlatego w grę wchodzą zakupy sprzętu z drugiej ręki lub import. Dzieje się tak też dlatego, że Google oficjalnie nie prowadzi i nie wspiera sprzedaży na wielu rynkach na świecie, w tym w Polsce. A moim skromnym zdaniem to spory błąd, bo Chromebook byłby świetnym kompanem dla niedrogich smartfonów z Androidem, do których tak Polacy przywykli. Skoro im wystarczają, to i Chromebook stanąłby na wysokości zadania. Po prostu.

Weekend z Chromebookiem

Przed weekendem trafił do mnie jeden z nowszych modeli, czyli Acer Chromebook 714. Wizualnie prezentuje się naprawdę super, podobnie jak pod względem wykonania (aluminiowa obudowa, matowy i dotykowy ekran 1080p, wygodna klawiatura, spory touchpad). Jego specyfikacja, czyli procesor Intela i3 8. generacji i 8 GB RAM-u, to w zupełności wystarczające komponenty, by móc na nim spokojnie pracować (lub oglądać filmy) przez kilka godzin bez obaw o wydajność i dostępność zewnętrznego źródła zasilania.

 


I to właśnie ten argument sprawił, że jestem (ponownie) tak zachwycony Chromebookiem. Wskazany model nie pracował oczywiście bez przerw przez 48 godzin, ale przeczytanie kilkudziesięciu artykułów oraz obejrzenie kilku filmików na YouTube i kilku odcinków serialu na Netfliksie nie stanowiło dla niego problemu – gdy odłączyłem zasilacz w piątek popołudniu, to podłączyłem go z powrotem w niedzielę wieczorem. Naturalnie w ciągu tygodnia zapotrzebowanie jest zupełnie inne i komputer ładuję codziennie, ale robię to… tylko raz przez noc, by był gotowy na następny dzień. Deklarowane przez naklejkę na obudowie 12 godzin to lekka przesada, ale myślę, że 9-10 godzin przy średnim i zróżnicowanym obciążeniu nie będzie dla niego problemem, o czym przekonałem się wczoraj popołudniu pracując od 14 do 19 i zużywając zaledwie ok. 50% energii w akumulatorze.

Czytaj też: Nie tylko smartfony, pora na notebooki ze zginanymi ekranami, mają więcej sensu

Druga (kolejna) szansa dla Chromebooków

Na recenzję tego konkretnego modelu Chromebooka jeszcze przyjdzie czas, podobnie jak i na moje obszerne wrażenia z aktualnej wersji Chrome OS, która względem tego, co pisaliśmy o platformie kilka lat temu, przeszła nie lada metamorfozę. Te kilka akapitów powstało dlatego, że odniosłem wrażenie, iż Chromebooki spotkał niesprawiedliwy los. Komputery te zostały potraktowane nie fair przez Google, producentów i klientów, w tym mnie. Cały ten materiał napisałem na opisywanym powyżej Chromebooku, co zrobiłem z niekrytą przyjemnością. Chciałbym, żeby każdy dał im drugą szansę. Ja właśnie to robię.