9

Chiny nie lubią się z blogerami – wiezienie za 5 tys. odsłon nieprzychylnego tekstu

Chiny nie są światowa oazą wolności słowa. Za to z pewnością znajdują się w czołówce jeśli chodzi o filtrowanie własnej sieci. Chiński Sąd Najwyższy wydał ostatnio rozporządzenie, zgodnie z którym, jeśli w Internecie jakaś treść uderzająca we wrażliwe miejsce partii rządzącej, uzyska 5 tys. odsłon, albo zostanie przekazana dalej 500 razy, to jej autor może […]

Chiny nie są światowa oazą wolności słowa. Za to z pewnością znajdują się w czołówce jeśli chodzi o filtrowanie własnej sieci. Chiński Sąd Najwyższy wydał ostatnio rozporządzenie, zgodnie z którym, jeśli w Internecie jakaś treść uderzająca we wrażliwe miejsce partii rządzącej, uzyska 5 tys. odsłon, albo zostanie przekazana dalej 500 razy, to jej autor może się liczyć z pobytem za kratkami.

Ta decyzja została podjęta przez chińskich sędziów, jako konsekwencja coraz większej aktywności blogerów w Internecie Państwa Środka. Sami siebie nazywają oni grupą Big V, a media ukazują ich jako odpowiedników zachodnich whistleblowerów, jak Snowdena czy Manninga.

Za cel objęli sobie oni zdemaskowanie niecnych postępków rządu, z łamaniem praw człowieka na czele. Działają oni głównie na portalu Weibo, który najkrócej można określić mianem hybrydy Facebooka i Twittera. W Chinach, gdzie Internet dociera do prawie 600 mln osób, Weibo ma zarejestrowanych ok. 0,5 mld użytkowników.

Jest to ogromna baza żyjących często w niewiedzy ludzi, do których można dotrzeć o wiele szybciej niż za pomocą np. telewizji. Zresztą, jakiej telewizji… przecież w Chinach wszystko jest państwowe, i w tym krajobrazie Weibo pozostaje na razie dziwnym, chlubnym rodzynkiem, który umożliwia póki co „mówienie jak jest”. Ale zapewne już niedługo:

Nawet kiedy politycy zakładają swoje własne blogi w sieci, a państwowe media wychwalają śmiałych blogerów, to rządzący chcą rozszerzyć sferę nacisków i kontroli sieci.

Tak, o wydarzeniach w Chinach pisze Bloomberg, a Jeremy Goldkorn, szef Danwei, firmy mediowej działającej na tamtejszym rynku dodaje:

Rządzący zainwestują w to wiele środków i użyją kombinacji zastraszania  i technologii, co jest dość efektywne.

Chińscy internetowi bojownicy wolności nie mają więc łatwego życia, zwłaszcza, że przekroczenie absurdalnych progów przytoczonych przeze mnie we wstępie jest dziecinnie proste. Przykładowo jeden z członków Big V, Dong Rubin posiada na Weibo 45 tys. śledzących. Dlatego też niedawno zainteresowały się nim lokalne władze, o których sam wspomina:

Czytają każdy mój post.

Rubin pisał m.in. ostatnio o interwencji policji w jego domu, która zabrała mu wszystkie jego komputery. Postępowanie to wydaje się dziwnie podobne do działań londyńskiej policji, która jakiś miesiąc temu wtargnęła do redakcji Guardiana, gazety odpowiedzialnej za aferę PRISM i skonfiskowała wszystkie dyski twarde, mogące zawierać informacje o NSA.

Wygląda wiec na to, że jak USA, chcą podsłuchiwać całą sieć, tak Chiny, chcą ją kontrolować i usuwać wichrzycielskie elementy. Na razie tylko we własnych granicach.

 Foto