5

Cenzura w internecie? Przeglądarka Brave promuje rozwiązanie mogące ją ograniczyć

Przez decyzję wielkich firm internetowych o odcięciu Trumpa oraz części jego zwolenników od social mediów, a także wyrzuceniu z sieci „backupowego” Parlera, z większą niż dotychczas siłą rozgorzała dyskusja na temat tego, kto i jak kontroluje dziś internet. Przy czym nie chodzi tylko o dyskusje toczone w bańce alt-rightowców, ale wypowiedzi kanclerz Niemiec Angeli Merkel, refleksje właściciela Twittera Jacka Dorseya po rozmowy zwykłych użytkowników sieci. Szczególnie zastanawiający wydaje się ruch Amazona z Parlerem, który pokazał, że znacznie większą władzę nad kształtem sieci dzierżą być może nie Facebook czy Twitter, ale coraz bardziej scentralizowani dostawcy usług chmurowych.

Cloud internet nie bierze jeńców

Jak wygląda dziś podział internetowo-chmurowego tortu możemy się przekonać, gdy któraś z wielkich firm, Amazon, Microsoft czy Google ma problemy techniczne. Działające wtedy serwisy lotem błyskawicy opanowują tytuły typu „Połowa internetu nie działa”. Oczywiście są one mocno przesadzone, ale naprawdę sporo usług i stron przestaje być wtedy dostępna.

Nie znalazłem jeszcze danych za ostatnie kwartały 2020 r. ale za Q2 2020 podział rynku (ze względu na specyfikę pomijam chińskich dostawców) wyglądał tak:
– Amazon Web Services – 33%
– Microsoft Azure Cloud – 18%
– Google Cloud – 9%
– IBM Cloud – 5%
– SalesForce – 3%
– Oracle Cloud – 2%

Trzy pierwsze firmy z listy posiadają 60% rynku, sześć pierwszych 70%. Na chińskie firmy trzeba przeznaczyć zapewne minimum 10 – 15%. To pokazuje, że na mniejszych, niezależnych graczy przypada jakieś 15 – 20% rynku i znając życie, udział ten będzie ciągle maleć. Choćby z tego powodu, że przewaga technologiczna gigantów, dzięki efektowi skali, będzie rosnąć.

Dziś założenie projektowanego na dużą skalę serwisu oznacza najczęściej skorzystanie z jednej z tych platform, budowa od zera własnej infrastruktury jest zbyt droga. Jeśli jednak nasz biznes z jakiegoś powodu dostawcy chmury się nie spodoba, to może się okazać, że w czasie zbyt krótkim na zbudowanie własnego zaplecza, wylecimy z ich platformy i w efekcie z rynku.

To spotkało Parlera, którego ze względu na treści jakie serwował prawie nikt nie żałuje, ale… czy wielkie koncerny są tak wspaniałe, żeby zaufać im, że nie użyją tej broni przeciwko innym inicjatywom? Czy Amazon, MS i Google na pewno nadają się na strażników moralności? Zresztą, nie tylko dostawców usług należy się obawiać, nikt nie zagwarantuje tego, że państwa i ich służby nie będą chciały administracyjnie ingerować w ich działalność w sposób podobny, jak już dziś robią to Chiny u siebie. Tutaj mógłby pomóc rozproszony model internetu, o którym dość często się pisze, ale w praktyce widziało go niewielu.

InterPlanetary File System

Jedną z inicjatyw mających na celu jego stworzenie i spopularyzowanie jest stworzony przez Juana Beneta i Protocol Labs protokół IPSF, czyli InterPlanetary File System. W dużym uproszczeniu działa to jak BitTorrent, czyli sieć peer-to-peer w której ściągając jakieś pliki, stajemy się jednocześnie ich dostawcą. W tym przypadku jest to jednak posunięte znacznie dalej i pozwala utrzymywać w ramach tak stworzonej sieci całe „serwery” np. ze stronami czy usługami internetowymi.

W przeciwieństwie do tradycyjnej sieci, w której wpisuje się adresy lokacji, tutaj adresuje się treść, która jest zapisana w rozproszony sposób na urządzeniach uczestników sieci. System pozwala też na uniknięcie bycia hostem, można wtedy korzystać z jej zasobów poprzez bramkę publiczną, ale stajemy się wtedy bardziej widoczni w sieci, właśnie w tym punkcie „węzłowym”. IPFS był używany między innymi przez katalońskich irredentystów, znajduje się tam też kopia części zasobów Wikipedii, przeznaczona dla użytkowników z krajów blokujących ten serwis.

Odważny Brave

Tutaj na scenę wkracza znana z zamiłowania do spraw prywatności i bezpieczeństwa przeglądarka Brave, która jako pierwsza zdecydowała się zaimplementować obsługę tego protokołu (od wersji 1.19). Oczywiście Brave ze swoimi 24 milionami użytkowników nie zmieni wiele w aktualnej sytuacji protokołu, ale czy może stać się kamykiem poruszającym lawinę? Aby IPFS miał szansę zaistnieć na poważnie, musi stać się w miarę powszechny.

Nie będzie to z pewnością łatwe, oprócz tego, że jego używania utrudnia zapanowanie nad siecią przez rządy czy korporacje, to jego upowszechnienie spowodowałoby także ograniczenie rozwoju biznesów chmurowych. Biorąc pod uwagę, że przeglądarki Chrome i Edge oraz systemy Android i Windows są własnością firm będących w trójce największych dostawców rozwiązań tego typu, ciężko przypuszczać, żeby obsługa IPFS pojawiła się u nich czy to na poziomie przeglądarki czy systemu.

Z wielkich firm technologicznych chyba tylko Apple mógłby mieć interes w tym, aby go wesprzeć. Jednocześnie, jeżeli tę technologię wykorzystają dziś tylko alt-rightowcy i stworzą tam „post-trumpowy” rezerwat, to koncern z Cupertino ominie IPFS szerokim łukiem, nawet jeśli sama idea by ich ciekawiła.

Sporym problemem jest też fakt, że sama usługa jest na wczesnym etapie i nawigowanie czy wyszukiwanie w stylu Google czegokolwiek jest po prostu trudne i irytujące. Na tym etapie rozwoju zwykły użytkownik, od którego zależy sukces tego typu technologii, nie tknie jej nawet kijem.

Z tych wszystkich powodów wydaje mi się, że w najbliższym czasie IPFS ciągle będzie to tylko ciekawostką bez większego znaczenia dla internetowej społeczności. Krok twórców Brave jest ciekawy, ale bardziej z… marketingowego punktu widzenia. Ten ruch nadał zarówno przeglądarce, jak i omawianej technologii spory rozgłos, ale raczej tylko ta pierwsza ma to szansę wykorzystać.

Źródła: [1], [2], [3]