15

Był tablet Tesco, czas na smartfon

Tesco wejdzie na smartfonowy rynek. Jeszcze w tym roku i, jeśli wierzyć zapewnieniom, z przytupem – sprzęt ma być konkurencją dla topowych produktów z tego segmentu, a przy tym wyróżni się atrakcyjną ceną. Niektórych Czytelników ruch sieci supermarketów może bawić, ale sam uznaje go za dość ciekawy i niosący ze sobą spory potencjał. Nie rozumiem […]

Tesco wejdzie na smartfonowy rynek. Jeszcze w tym roku i, jeśli wierzyć zapewnieniom, z przytupem – sprzęt ma być konkurencją dla topowych produktów z tego segmentu, a przy tym wyróżni się atrakcyjną ceną. Niektórych Czytelników ruch sieci supermarketów może bawić, ale sam uznaje go za dość ciekawy i niosący ze sobą spory potencjał. Nie rozumiem tylko jednego: pozycjonowania elektroniki marki Tesco. Pozycjonowania w wykonaniu mediów.

Zacznę od samego smartfonu. Co o nim wiadomo? Na dobrą sprawę, niewiele. Z doniesień serwowanych przez brytyjskie media wynika, iż sprzęt pojawi się na rynku pod koniec bieżącego roku. Pod względem specyfikacji ma to być urządzenie porównywalne do flagowców (jako przykład podaje się Galaxy S5). Produkt ma współpracować z Androidem i doczeka się pokaźnego pakietu dodatków Tesco. Cena i nazwa? Brak informacji – pojawia się jedynie mglista zapowiedź, że Tesco spróbuje przyciągnąć klientów atrakcyjną ceną. Jestem skłonny w to uwierzyć.

Bardzo tanio zapewne nie będzie, ale jednocześnie nie podejrzewam, by sklep chciał zarabiać kokosy na sprzedaży swojego smartfonu. Ten produkt ma raczej przywiązać użytkownika do sklepu i jego usług. Taki mechanizm stosuje Amazon, dlaczego nie miałoby go zastosować Tesco? Pomysł naprawdę dobry, jeśli chce się przetrwać w nowych realiach. Oczywiście nie liczy się sam projekt, ale też jego realizacja – nie wiem, jak bardzo Tesco postara się zainteresować swoją ofertą użytkownika smartfonu i czy będzie to sensownie przygotowane, ale potencjał jest spory. Zwłaszcza, że usługi cyfrowe można łączyć z analogowymi.

Ów potencjał widać na przykładzie tabletu Hudl. To również sprzęt marki Tesco. Trafił na rynek w ubiegłym roku, w tym pojawi się jego następca (na tej podstawie można założyć, że Tesco jest zainteresowane kontynuacją pomysłu, bo się sprawdził). Z dostępnych w Sieci informacji wynika, iż do tej pory udało się sprzedać ponad 500 tys. tabletów Hudl. Dużo? Wynik nie jest oszałamiający, ale taka baza potencjalnych klientów Tesco daje spore pole do popisu. Co przyczyniło się do niezłej sprzedaży urządzenia? Z pewnością niska cena: produkt wyceniono na mniej niż 120 funtów. Mamy zatem do czynienia z produktem z niższej półki cenowej, co zresztą widać, gdy spojrzy się na parametry techniczne tabletu.

Teraz kilka słów o pozycjonowaniu wspomnianych produktów. Nie dziwi mnie to, że przedstawiciele Tesco mówi o nawiązaniu walki z najmocniejszymi produktami smartfonowego czy tabletowego rynku. Przywoływanie w takiej sytuacji dobrze rozpoznawalnych produktów, które sprzedają się w milionach egzemplarzy nie jest czymś szokującym. Rozumiałem, gdy Amazon przedstawiał Kindle Fire jako „iPad killera”, rozumiem dlaczego chińscy producenci powołują się na Apple i Samsunga, zapowiadając przy tym nawiązanie walki, a nawet pokonanie mocnego przeciwnika. Tak wygląda rynek, łatwiej wybić się na zagrywkach w stylu „doprowadzimy do zmierzchu Apple”.

Nierzadko bywa tak, że zaprezentowany produkt faktycznie stanowi jakąś alternatywę dla popularnego sprzętu rozpoznawalnej korporacji. Czasem po premierze słychać jednak jęk zawodu, bo ów killer to chińszczyzna niskiej próby. Może konkurować z inną chińszczyzną, ale na pewno nie z iPadem czy iPhonem (wiem, to też sprzęt produkowany w Chinach, ale chyba dostrzegacie różnicę). Jak już jednak pisałem, rozumiem zagrywki producentów i nie dziwię się, że je stosują – taki rynek, taki świat.

Dziwię się jednak mediom, które wchodzą do gry inicjowanej przez producenta i jeszcze ją nakręcają. Nie jest to polski wynalazek – wzorce dotarły z Zachodu. Kwestia z pozoru mało istotna, ale na dobrą sprawę jest to wprowadzanie w błąd potencjalnego klienta. Tego niezorientowanego klienta. Człowiek, który chce kupić iPada, który sprawdził ten produkt i już podjął decyzję zakupową, raczej nie zareaguje, gdy usłyszy, że nadchodzi „iPad killer za sto funtów”. Ale osoba mniej zorientowana zapewne nadstawi ucho i wytęży wzrok. Bo po co przepłacać, skoro jakaś firma dostarcza coś równie dobrego, a może nawet lepszego? Przecież z informacji wynika, że to konkurencja:

Tablet Tesco będzie rywalizować z takimi nowościami jak nowy Nexus 7 Google’a, czy też urządzeniami, które mają zadebiutować w najbliższych miesiącach – iPadem mini 2 Apple’a i tabletami Kindle Fire Amazona. [źródło]

Brytyjska sieć hipermarketów Tesco planuje wprowadzić do sprzedaży tablet własnej marki. Sprzęt miałby konkurować z iPadem, tabletami z Androidem oraz tabletami sieci Amazon – wynika z informacji podanych przez „The Sunday Times”. Trafiłby on do sprzedaży jeszcze przed świętami. [źródło]

The tablet will go up against the popular – but far more expensive – iPad Mini and the recently announced update to the Google Nexus 7, as well as tablets from Amazon and other budget makers. [źródło]

Czy tablet Tesco faktycznie można stawiać na tej samej półce, co sprzęt Apple? Chyba nie. Nie piszę tego jako fan amerykańskiej korporacji i nie zamierzam znęcać się nad produktem brytyjskiej sieci sklepów. Po prostu są to dwie propozycje, które dzieli przepaść i które skierowane są do zupełnie innych klientów. Potrzebne są obie i to z rożnych powodów, ale zdecydowanie nie ma sensu ich porównywać i zapewniać klientów, że decydując się na jeden model, dostaną to samo, co oferuje drugi. Hudl nie był (i nie będzie) iPad killerem, smartfon Tesco nie pokrzyżuje planów sprzedażowych Samsunga.

Sytuacja wokół sprzętu Tesco nie jest wyjątkowa. Czytając o sprzęcie tego sklepu, przypomniałem sobie o podobnych zagraniach stosowanych w przypadku polskiej Manty. Niedawno przeczytałem dość stary artykuł opublikowany we Wprost, a tam we wstępie można znaleźć taką ciekawostkę:

Bogdan Wiciński zaczynał od sprzedaży gier. Dziś na jego zlecenie Chińczycy produkują tablety, telefony i telewizory. Samsung i Apple mają w Polsce godnego przeciwnika. [źródło]

Czy Manta faktycznie jest godnym przeciwnikiem dla Apple? Z Samsungiem sprawa wygląda trochę inaczej, bo Koreańczycy mają sprzęt na każdej półce cenowej (przynajmniej w segmencie smartfonów) i Manta faktycznie może im podebrać jakichś klientów. Nie będą to jednak osoby, które szukają topowego produktu za grubą kasę. Absurd tego zagadnienia staje się widoczny w pierwszym akapicie przywołanego przed momentem tekstu:

IPhone? Chińczycy zrobią mi taki sam telefon za 300 zł, a w sklepie trzeba za niego wyłożyć dziesięć razy tyle – mówi Bogdan Wiciński, szef Manty, polskiego producenta sprzętu elektronicznego. Po chwili przynosi do gabinetu dwa smartfony. Wielki wyświetlacz, srebrna obudowa, dyskretne logo z tyłu. – W cenie jednego iPhone’a ma pan sześć moich telefonów – mówi z uśmiechem. Wprawdzie nie są tak zaawansowane technologicznie jak wynalazki Apple, ale Wiciński drugim Steve’em Jobsem być nie zamierza.

Wszystko byłoby ok, gdyby osoba chcąca kupić iPhone’a faktycznie potrzebowała sześciu smartfonów w srebrnej obudowie. Ale zakładam, że nie potrzebuje. Za pieniądze wydane na jednego mercedesa można zapewne kupić dziesięć fiatów, ale klient zdecydowany na niemiecki samochód chyba nie tego szukał. I skoro Pan Wiciński nie zamierza być drugim Jobsem, to po co robić z jego produktów konkurencję dla sprzętu Apple? Niezorientowany klient może da się na to złapać, ale to również mało prawdopodobne, bo cena wyda mu się podejrzana. Osoba zorientowana będzie zapewne rozbawiona tymi porównaniami do światowej czołówki. I wychodzi nam koszmarek. Trochę śmieszno, trochę głupio. A skoro jesteśmy już przy śmieszno, to na koniec pewien arcyciekawy fragment z tekstu z Wprost – pięć punktów dla tego, kto jako pierwszy wyłapie, co zabawnego powiedział Pan Wiciński…;)

Pierwszy biznes rozkręcił jeszcze w podstawówce na rogu ulicy Grzybowskiej i alei Jana Pawła II w Warszawie. Handlował grami komputerowymi. – Byłem piratem. Proszę się nie łudzić, nie sprzedawałem oryginalnych gier z piękną okładką i hologramem – mówi. Oprócz niego bazarowy biznes rozkręcali tam wtedy Marek Tymiński z City Interactive i bracia Kicińscy z CD Projekt. Dzisiaj to dwie największe polskie firmy zajmujące się produkcją gier komputerowych. – Zarabiałem więcej niż moi rodzice. Kiedy przyniosłem do domu plik banknotów, ojciec chciał mnie wyrzucić za drzwi, bo myślał, że ukradłem – śmieje się biznesmen.

Źródło grafiki: mobilechoiceuk.com