0

Być jak SpaceX. RocketLab przetestuje procedurę odzyskania rakiety Electron

Odzyskiwanie pierwszego człona rakiet było jeszcze parę lat temu kompletnym science-fiction, a próbujące dokonać przełomu w tym zakresie były przedmiotem żartów. Firma udowodniła jednak, że jest to możliwe, a obecnie ich niektóre rakiety wykonały po kilka bezproblemowych lotów. Teraz w ślady Falcona 9 chce pójść Elektron firmy RocketLab, która ma własny pomysł na odzyskanie pierwszego członu. Wraz z kolejną misją rozpoczną się testy tej procedury, które mają dać odpowiedź, czy ma to sens w przypadku tej konstrukcji.

Złap mnie, jeśli potrafisz

RocketLab nie zdecydowało się skopiować metody SpaceX. W przypadku tak małej rakiety jak Electron konieczność pozostawienia wystarczającej ilość paliwa dla manewru lądowania prawdopodobnie zbyt ograniczyłaby jej ładowność. W związku z tym zdecydowano się na procedurę, którą można by nazwać pasywną.

Rakieta po zakończeniu właściwej pracy ma się obrócić i wejść w atmosferę. Jeśli przetrwa ten newralgiczny dla całej konstrukcji moment, po ustabilizowaniu lotu otworzą się wbudowane w konstrukcję spadochrony, które wyhamują jej lot z ośmiokrotnej prędkości dźwięku do poziomu 10 metrów na sekundę.

Cała procedura ma się kończyć złapaniem rakiety przez specjalnie przygotowany helikopter. W czasie nadchodzącego startu ten ostatni etap zostanie jednak pominięty, a rakieta wyląduje bezpośrednio w oceanie, skąd podejmie je statek RocketLab. Próby łapania rakiety były jak na razie prowadzone tylko przy pomocy atrap zrzucanych z drugiego helikoptera.

Test opłacalności

Z wypowiedzi firmy wynika, że zanim przejdą do prób ostatecznych, chcą sprawdzić, czy w ogóle jest o co walczyć. Istnieje bowiem obawa, że elementy wyposażenia Electrona mogą nie przetrwać wejścia w atmosferę, co może stawiać pod znakiem zapytania opłacalność całego przedsięwzięcia. Przypomnę, że Electron jest rakietą zbudowaną z kompozytów, w związku z czym elementy w jej wnętrzu są poddawane innym obciążeniom niż w przypadku Falcona.

Firma wierzy, że może się to udać, w czasie poprzednich prób dwie rakiety przeprowadziły już udany manewr wejścia w atmosferę, ale z powodu braku spadochronów nie dało się ich zbadać po uderzeniu w powierzchnię oceanu. W czasie aktualnych testów rakieta powinna przetrwać lądowanie, co pozwoli poddać ją szeroko zakrojonym badaniom po powrocie do fabryki. Planowanych jest kilka tego typu testów i dopiero po określeniu co da się uratować, podjęta zostanie decyzja co do włączenia helikoptera do akcji.

Jednocześnie CEO RocketLab, Peter Beck powiedział, że nie tylko koszty są ważne w kontekście tych prób. Dla firmy cenna jest też możliwość szybszego wykonywania kolejnych startów. Proces produkcji od zera jest czasochłonny i RocketLab będzie próbować odzysku nawet tedy, jeśli operacja miałaby wychodzić na „zero”. Gdyby się jednak okazało, że rakiety wracają w dobrym stanie i wymagają tylko niewielkich poprawek, firma będzie mogła jeszcze bardziej obniżyć koszty własnych misji, które obecnie wynoszą około 7,5 mln za start i są najniższe na rynku.

Źródła: [1], [2]