13

CarPlay, Android Auto? Łatwizna – kiedyś to się dopiero kombinowało z audio w samochodzie

Dedykowane systemy łączące auta ze smartfonami stały się już codziennością w nowych pojazdach i bardzo łatwo się do takiej wygody przyzwyczaić. A pamiętacie jak kiedyś trzeba było kombinować?

Nie mam w swoim samochodzie ani Apple CarPlay, ani Android Auto – usługi nie były dostępne kiedy kupowałem pojazd. Ale dziś już wiem, że kiedy przyjdzie czas na zmianę, takie sposoby połączenia auta ze smartfonem będą jednym z podstawowych gadżetów, na które zwrócę uwagę. Chociaż chyba nie będę musiał, bo wiele nowych aut po prostu ma obsługę CarPlay lub Android Auto. Dlaczego jest to dla nie ważne? Ze względu na muzykę, szczególnie kiedy wspominam jak musiałem kiedyś kombinować.

Trudno powiedzieć, by aktualnie stosowany przeze mnie sposób podłączenia smartfona do samochodu był idealny. Bluetooth obsługujący wbudowany, fabryczny zestaw głośnomówiący bez problemu radzi sobie również z odbieraniem sygnału audio z telefonu. Widzi po prostu na sztywno jedno źródło, niezależnie od tego, z jakiego programu korzystam. Może to być wszystko, w tym również  Spotify, da się nawet zmieniać utwory z poziomu pilota za kierownicą. Minusy są niestety dwa – ewentualne zmienianie playlist czy wykonawców/płyt musi się odbywać z poziomu ekranu dotykowego smartfona, a jakość audio pozostawia nieco do życzenia i  słychać, że jest ucina. Biorąc jednak pod uwagę, że od wielu lat Spotify to mój podstawowy player i jedna z głównych aplikacji użytkowych, trudno by łączenie programu z autem nie stało się drogową codziennością.

Nie zawsze było jednak tak kolorowo…

Pierwszy samochód jakim jeździłem po zrobieniu w 1999 roku prawa jazdy był podstawową wersją bez fabrycznego radia. Pamiętam, że wtedy ogromną popularnością cieszyły się zewnętrzne odtwarzacze i szybko w desce rozdzielczej wylądował zwykły Philips z obsługą kaset. Nie ja płaciłem, nie ja byłem głównym użytkownikiem auta, więc i moje zdanie pod tytułem „potrzebne są płyty”, nie było najważniejsze. Ale z drugiej strony, płyt i tak nie kupowałem, za to miałem pokaźną bibliotekę kaset i ciągle przybywały nowe. Doskonale pamiętam natomiast dość zabawne zabezpieczenie przed złodziejami – niektóre radioodtwarzacze posiadały zdejmowane przednie panele, ten konkretny model natomiast jedynie jego fragment chowany do małego pudełeczka.

W swoim pierwszym aucie nie popełniłem już tego błędu i zainwestowałem w radio JVC z odtwarzaczem CD oraz raczkującą wtedy w Polsce obsługą MP3 z poziomu pendrive’a. Ależ to była wygoda i zmiana na lepsze. Rippowałem własne krążki na potęgę i zgrywałem je na „klucze USB” tylko po to, żeby nie musieć w trakcie jazdy żonglować płytami albo inwestować w zmieniarkę i upychać ją gdzieś w bagażniku. To rozwiązanie było wtedy idealne i wystarczyło na długo, aż do zmiany auta.

Fabryczne radio, fajnie. Jest CD, fajnie – ale gdzie są MP3? Długo zastanawiałem się nad ewentualną wymianą radia, ostatecznie wróciłem do fizycznych płytek i dzięki temu również zwiększyłem częstotliwość ich kupowania. Spotify nie było jeszcze dostępne w Polsce, ale mi zdarzało się wydawać pieniądze na iTunes lub zgrywać na iPhona 4S zrippowane niegdyś własne krążki. Tylko co z tego, skoro samochód nie miał wyprowadzonego złącza AUX? Nie zdecydowałem się na samodzielne kombinowanie, nie poszedłem też do elektryka i pomysł wyprowadzenia kabelka zupełnie porzuciłem. Ale dzięki temu spróbowałem adaptera FM, który po miesiącu od jego pożyczenia wylądował u właściciela.

Wydawało mi się, że to sprzęt z wyższej półki, bo na obudowanie miał napis Belkin i został kupiony w iSpocie. Jakość? Umowna, wygoda obsługi? Umowna. Plus był taki, że sprzęt dostosowano do iPhona, więc wpinało się go w złącze ładowania, natomiast w dużym mieście działał naprawdę przeciętnie, więc szybko wróciłem do wożenia w schowku kilkunastu płyt z muzyką. Kiedy zacząłem już korzystać ze Spotify, zmieniłem samochód i wykorzystałem wspomniane na początku połączenie bluetooth przeznaczone do zestawu głośnomówiącego.

Tak wyglądało to w moim przypadku, ale przyglądałem się też jak kombinowali znajomi. Było samodzielne wypuszczanie kabelka mini-jack 3,5 mm z deski rozdzielczej, czasem okupione problemami z radiem. Były wspomniane adaptery FM, łącznie z najtańszymi dostępnymi na rynku urządzeniami, które błyskawicznie lądowały w koszu na śmieci, bo jedyne czego nie zbierała antena auta, to właśnie sygnał z kupionego adaptera.

W swoim samochodzie próbowałem szczęścia z kilkoma transmiterami FM i zawsze kończyło się to podobnie – jakość była „taka sobie”. Zapewne przez to, że w pojeździe antena FM jest po prostu słaba, a i trzeba wiedzieć o tym, że nie wiadomo dlaczego producent zamontował ją w tylnym zderzaku. Być może i z powodu wieku jej efektywność spadła i zwyczajnie nie działa ona tak, jak w momencie, gdy auto wyjeżdżało z Goteborgu.**Właściwie jedynym pewnym sposobem na połączenie telefonu z samochodowym systemem audio jest emulator wpinany do gniazda zmieniarki. Dla ścisłości: pacjent to Volvo S80I z radiem HU-801. Nie ma mowy tutaj o „stockowym” wyjściu AUX, więc trzeba kombinować. Aby wpiąć się do gniazda zmieniarki, trzeba mieć pojęcie i dobrać się do „bebechów” radia, przy okazji uważając na inne komponenty. Warto również w jakiś sensowny sposób wyprowadzić kable i gdzieś umieścić sam emulator (jeżeli interesuje nas głównie Bluetooth, można go spokojnie umieścić w schowku). Emulator nie jest szczególnie drogi – koszt to około 200-300 złotych w zależności od jego funkcji. Można jednak zapomnieć o sterowaniu telefonem z poziomu kierownicy (i tak nie mam przycisków do tego, więc kompletnie niczego nie tracę). Przewaga wbudowanych systemów pozwalających na komunikację telefonu z pojazdem jest ogromna – ale z drugiej strony mówimy w tym konkretnym przypadku o samochodzie, który ma 21 lat.

– napisał mi dziś Kuba SzczęsnyAle widziałem również popularne kasety z kabelkiem mini-jack. Aż sprawdziłem, czy wciąż da się je kupić i widzę, że takie adaptery są cały czas dostępne w dużych elektromarketach. Popłakałbym się ze śmiechu gdyby ktoś używał ich do słuchania muzyki z najwyższego pakietu Tidal HiFi. Z tego wszystkiego przejrzałem też ofertę w zakresie radioodtwarzaczy samochodowych i widzę, że wiele z nich posiada obsługę bluetooth – jak rozumiem właśnie do puszczania muzyki ze smartfona. Ale w razie czego można się też ratować kabelkiem, bo złącza AUX obecne są na przednich panelach, o ile oczywiście będziecie mieć telefonz mini-jackiem lub jesteście w posiadaniu odpowiedniej przejściówki. W najdroższym modelu (Sony XAV-1500) jest nawet WebLink Cast, który pozwala na mierzącym 6,2 cala ekranie dotykowym obsługiwać smartfona z Androidem lub iOS. Da się nawet w ten sposób odtwarzać filmy z pamięci telefonu czy korzystać z YouTube’a. Można też przerzucić cały obraz (mirror) na radio, choć na przykład Mapami Google trzeba wtedy sterować z poziomu smartfona. Cały czas jest więc dość duży wybór lepszych lub gorszych systemów pozwalających słuchać w aucie muzyki ze smartfona.