64

To już 98 dni treningu z Apple Watch. Uwielbiam jak ten zegarek motywuje mnie do ruchu

Trzy miesiące temu kupiłem Apple Watch i od tego czasu codziennie zamykam wszystkie pierścienie aktywności. Czy zostałem królem fitness? Absolutnie nie, natomiast zrozumiałem o co chodzi w tym całym promowaniu ruchu, którym tak szczyciło się ostatnio Apple na swojej konferencji.

W swojej kilkuletniej historii używania smartwatchy i opasek fitness zaliczyłem kilka różnych urządzeń. Zegarek na Androidzie (LG G Watch R), na Tizene (Samsung Gear S2) oraz trzy generacje opaski Xiaomi Mi Band. Wszystkie te sprzęty były w porządku, ale jednak dopiero przy Apple Watch zobaczyłem czym tak naprawdę powinien być smartwatch. Kompletnie nie dziwię się popularności tego gadżetu i temu, że Apple zdominowało rynek. Można mówić, że “ci naiwni applowcy kupią wszystko”, ale jeśli chodzi o rynek smartwatchy – Apple Watch nie ma sobie równych.

Taki z Ciebie sportowiec, to kup porządny zegarek do sportu

Czy Apple Watch jest zegarkiem sportowym? Absolutnie nie. Jedną z jego funkcji jest monitorowanie aktywności fizycznej i tyle. Nie ma startu do Garminów czy innych sprzętów przeznaczonych dla aktywnych ludzi. W teorii robi też to samo co 10x tańsza opaska Xiaomi – mierzy kroki i pokazuje powiadomienia. Cała tak zwana magia Apple leży jednak w integracji smartwatcha z ekosystemem Apple i pozostałymi urządzeniami firmy. Odblokowywanie komputera zegarkiem, bezbłędne wręcz połączenie ze smartfonem, dobrze działające powiadomienia, możliwość odbierania i prowadzenia na nim rozmów. Niby większość z tych funkcji ma również konkurencja, ale tylko AW potrafi działać tak dobrze i sprawnie. Ale do tego wymagane są pozostałe urządzenia Apple. Mi się ten ekosystem podoba, rozumiem natomiast że ktoś może mieć go w nosie. Prosta sprawa – nie chcesz, nie kupujesz i nie używasz. I nie, porządny zegarek do sportu nie jest mi potrzebny, bo sportu profesjonalnie czy nawet półprofesjonalnie nie uprawiam.

Zamykam pierścienie, zdobywam osiągnięcia, świetnie się bawię

Niedługo po zakupie swojego Apple Watcha, Konrad Kozłowski napisał, że jako zegarek sportowy Apple Watch się u niego nie sprawdza. Po części to rozumiem, bo nie zawsze da się go założyć podczas ćwiczeń. Jednak dużo zależy od tego, czego od takiego sprzętu się wymaga. Ja nie zamierzam go nosić pod kimonem ani grać w nim w koszykówkę. Na siłowni i podczas zwykłych ćwiczeń cardio sprawdza się jednak u mnie idealnie.

Aplikacja aktywności pokazuje, że przez 98 dni (czyli od dnia zakupu) zamknąłem wszystkie pierścienie aktywności. Oznacza to, że przez 98 dni byłem na nogach przynajmniej 12 godzin (nie chodzi jednak o pełne godziny, a o ruch w każdej z nich), zaliczyłem przynajmniej 30 minut ćwiczeń (tu zegarek bada aktualny puls i jako czas ćwiczeń zalicza tylko momenty kiedy puls jest wyższy) i spaliłem określoną wcześniej liczbę kalorii. Zdarzało się, że celowo spacerowałem przez godzinę po osiedlu, zamiast windy wybierałem schody lub nie rezygnowałem z zaplanowanej siłowni ze względu na zegarek. Brzmi to trochę jak szukanie motywacji na siłę – ale hej, co za różnica gdzie jej szukam – ważne, że znajduję.

Do tego Apple dołożyło medale przyznawane za konkretne osiągnięcia (na przykład 100 dni z zamkniętymi wszystkimi trzema pierścieniami, idealne tygodnie w ruchu, pobicie celu dwukrotnie i tak dalej). Niby głupia ikonka w zegarku, a jednak zdarzało się, że poświęcałem dodatkowe 30 minut wolnego czasu żeby się trochę poruszać i odhaczyć odpowiednie rekordy w appce. Jest i rywalizacja między znajomymi gdzie przyznawane są punkty. Takie mini-zawody trwają tydzień. Brzmi bardzo dziecinnie, ale naprawdę cieszyłem się z wygranych.

Co jednak w tym wszystkim najważniejsze – ruszałem się nawet kiedy lał deszcz, a pogoda zachęcała jedynie do siedzenia pod kocem z ciepłą herbatą i Netfliksem na telewizorze. Od kilku lat staram się ruszać i ćwiczyć dużo więcej niż kiedyś, jednak siedząca praca przy komputerze temu raczej nie sprzyja. Do tego dochodzi zwykła codzienność i czasem podniesienie się przed 6 żeby zaliczyć siłownię albo wybieranie się tam w okolicach godzin 21 było na tyle niezachęcające, że zdarzało mi się odpuszczać. Apple Watch i jego głupiutkie pierścienie stały się tym jednym małym dodatkowym motywatorem, który zachęca do ruchu. To moim zdaniem jego największy atut i coś, czego nie dało mi żadne inne urządzenie ubieralne, którego wcześniej używałem. Pamiętam, że zegarki Samsunga informują o tym, że powinno się na chwilę wstać – kiedy jednak używałem Gear S2, nic z tego nie miałem – teraz odhaczam kolejną godzinę, która zbliża mnie do zamknięcia pierścienia. Niby drobiazg, głupotka – a jednak właśnie dla niej wstaję.

Czy potrzebuję Apple Watch? Myślę, że nie – natomiast uważam, że to był bardzo dobry zakup. Swego czasu postawiłem na smartwatchach krzyżyk i zmieniłem zdanie właśnie po kilku miesiącach z zegarkiem Apple. A że nie wytrzyma całego dnia w górach z włączonym GPS-em, nie daje miliona informacji o treningu i nie trzyma na jednym ładowaniu tygodnia? Nie tego w nim szukałem.